etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Nobel. 2019-10-10

 Jak cudownie, że Olga Tokarczuk otrzymała kolejną nagrodę!


Kocham jej twórczość i jestem dumna, że świat docenił talent i sposób w jaki snuje swoje, wcale niełatwe, opowieści.


Wielkie gratulacje!


Apel. 2019-10-09

 Mam do Was wielką prośbę.


JEŚLI SZANUJECIE SIEBIE SAMYCH - IDŹCIE NA WYBORY!


IQ CriKoty. 2019-09-23

 Ona mnie zadziwia i co tu ukrywać jestem z niej bardzo dumna. Oczywiście możecie powiedzieć, że jak każdy, patrzę na swojego kota przez okulary miłości i to prawda, ale są też fakty, z którymi dyskutować nie sposób. Po pierwsze w kilka dni po przeprowadzce, moja kicia odkryła najprostszy sposób wchodzenia do domu, czyli przez drzwi tarasowe wprost do kuchni. Podłapały to pozostałe stwory i teraz, co chwilę ktoś musi wpuszczać czworonoga, bo wszystkim się to spodobało. Ale wczoraj moja kicia przeszła samą siebie. Był już wieczór i Słonek, jak zwykle opuścił zewnętrzne rolety. Do wczoraj, po zamknięciu tego wejścia, CriKota korzystała ze standardowych sposobów dostania się do domu, czyli przez drzwi wejściowe. Aż tu  niespodzianka. Siedzę sobie w salonie,  oglądam Master Chefa i nagle słyszę skrobanie w drzwi tarasowe. Trochę się zdziwiłam, ale bez reakcji z mojej strony. Po chwili znowu ten sam dźwięk. Wstałam, wyszłam na zewnątrz i widzę kicię, która siedzi na tarasie i łapką drapie w roletę.


I czy to nie jest dowód na inteligencję? Bo jeżeli nie, to ja już nie wiem, co mogłoby nim być.


Nowości. 2019-09-17

Robaczki moje Kochane, tak, wiem znowu długo mnie tutaj nie było, ale „urok” przeprowadzki zajmował mnie w stu procentach. Za to  dodatkowym plusem wyżej wspomnianej jest pozbycie się nadmiaru tkanki tłuszczowej!


  Co prawda pisanie tu i teraz też nie należy do zajęć miłych i relaksujących. Za moimi plecami wali młot pneumatyczny, chyba, takim cudownym „duu, duu, duu”, warczy odkurzacz przemysłowy, a w tle wyje piła. Miód malina. Ale tak naprawdę to jeszcze dzień lub dwa i jesteśmy już całkowicie po remoncie. Przynajmniej na jakiś czas. Jednak najgorsze jest to, że myśl przewodnia tego wpisu uciekła mi kurcgalopkiem w las. No nic, może nie była jakoś szczególnie godna uwagi.


 Za to mogę Wam opowiedzieć, co już jest za nami. Otóż fotowoltanika leży sobie na dachu, prysznic działa, woda nie ucieka i nie podmywa fundamentu, wielki, cudowny „leniwiec” stoi na swoim miejscu. Kocham ten mebel. Co jeszcze? Drzwi wejściowe się zamykają. No i najważniejsze. Wreszcie mam taki piekarnik o jakim marzyłam, dlatego obawiam się, że ten tłuszczyk szybko do nas wróci.


 Za plecami mam pracujących panów, którzy mnie swoimi pomiarami rozpraszają ostatecznie – lepiej już skończę, bo szkoda zawracać Wam głowę głupstwami. Następnym razem będzie lepiej.


Przeprowadzka. 2019-08-18

  Przeczucie mnie nie zawiodło. Sama przeprowadzka była koszmarem. Zaczęło się od firmy przeprowadzkowej. Wszystko było umówione, cena ustalona, dzień i godzina określona. I nagle w wieczór przed dniem „P” dzwoni facet z informacją, że samochód mu zdechł. Szyte to było grubymi nićmi, a nas o mało szlag nie trafił. Musieliśmy się przeorganizować, co oczywiście zajęło kilka dni. Jednak, jak zawsze najbardziej bałam się o koty. Nie tylko nowe miejsce napawało mnie obawami, ale też sama podróż przez Polskę.


 I wreszcie stało się. Dzień próby dla kotów nastąpił. O psach nie ma co wspominać, bo tabletki uspokajające od Włodzia zadziałały bez pudła, ale koty to zupełnie inna bajka. CriKota już przy tabletce wściekła się niczym „kot z piekła rodem”; gryzła, drapała i wszelkimi sposobami próbowała wypluć z pyszczka to paskudztwo. Niestety dla niej, byliśmy nieugięci. Zniesmaczyło ją to ostatecznie i dlatego bez zbytnich fanaberii dała się włożyć do transportera.


 PanaKota był bardziej skłonny do współpracy. Tabletkę łyknął bez oporu, transporter go nie zachwycił, a my, niesłusznie uznaliśmy, że najgorsze już za nami. Oj, ale byliśmy naiwni.


 Zapakowaliśmy całe towarzystwo i siebie do samochodu, i w drogę. Zaraz po wyjechaniu z naszej dawnej bramy CriKota rozdarła paszczę. PanaKota dla odmiany rzucał mi się na kolanach i wszelkimi siłami próbował się wydostać. Po chwili dołączył akustycznie do koci. Tak więc darły się oba. CriKotę chwilami udało mi się uciszyć, ale wtedy wielki kot podpuszczał ją i polka galopka zaczynała się od początku. Transporter z kotem podskakiwał na moich kolanach. W pewnym momencie poczułam ciepłą strużkę płynącą mi po nodze. To, co sobie w tym momencie pomyślałam nie nadaje się do publikacji. Wolałam się jednak nie odzywać, bo i bez tego w samochodzie powoli zaczynały latać siekiery.


Po długiej chwili Słonek ryknął, że jeśli koty się nie uspokoją, to zwróci im wolność w najbliższych krzakach. Mało mi serce nie stanęło, bo z jednej strony rozumiałam go doskonale, ale prawdą jest, że bez kotów nie pojechałabym nigdzie. Pot lał się ze mnie strugami: usiłowałam uciszyć kicię i dużego kota, ale to była syzyfowa praca. Nawet kiedy o tym piszę ciarki latają mi po plecach. Niestety koty miały moje doznania w odwłoku i dalej darły mordki. Łeb mi pękał, uszy od tego bolały a atmosfera gęstniała z każdym kilometrem. Trwał ten obłęd jakieś 150 km, w końcu Słonek nie wytrzymał. Zjechał z drogi, otworzył boxa i bez jednego słowa umieścił koty z ich tymczasowymi domkami tam właśnie. Nawet nie pisnęłam, w obawie, że sama też tam wyląduję.


 Wróciliśmy na trasę. Błoga cisza działała na wszystkich niczym balsam. Niestety wrażenia węchowe nie pozwoliły mi cieszyć się ciszą. Gdybym tylko miała się w co przebrać, to na stacji benzynowej wzięłabym szybki prysznic i byłoby cudownie. Problem w tym, że moje ubrania były mi niedostępne.


 W połowie drogi postanowiliśmy zrobić przerwę w McDonaldzie. Przypominam, że panuje okres wakacyjny i ludzie tłumnie się przemieszczają.


 Słonek został na parkingu ze zwierzyńcem; koty zostały wystawione na świat i nieprzyjaźnie łypały na wszystkich, którzy się nimi zachwycali, a psy poszły z panem na spacer. Za to ja z resztą człowieków udałam się w paszczę fast fooda. Rozżarty tłum kłębił się w przybytku. Chciałam choć trochę pozbyć się smrodu, bo ludzie wokół mnie jakoś tak dziwnie na mnie zerkali. Zostawiłam młodego z babcią w kolejce i udałam się do kibelka. Przysięgam, że już kilkakrotnie korzystałam z tych miejsc przy autostradzie. Zwykle nie mam tam żywego ducha, w ostateczności jedna osoba poza mną. Nie powiem, że weszłam, bo kolejka przystopowała mnie w korytarzu. Stanęłam w ogonku. Już po chwili laski patrzyły na mnie podejrzliwie, delikatnie kręcąc nosami. Co niby miałam zrobić? Gromki głosem informować je , że to robota kota? Szlag by to. W końcu dopchałam się do umywalki i znowu dziwnie się na mnie patrzyły, bo próbowałam zaprać te spodnie.


Jedno jest pewne: co przeżyjemy to nasze.


W końcu wróciliśmy na trasę. Na szczęście ta część drogi minęła bez przygód.


Kiedy wieczorem otworzyliśmy drzwi naszego nowego domu poczułam ulgę bez miary. Ale żeby zakończyć kocią epopeję, przynajmniej chwilowo, musze dodać, że ich aklimatyzacja przebiegła błyskawicznie i bezproblemowo. Już od drugiego dnia pobytu zdobywają sąsiednie krzaki, łąki i ugory. I bardzo są szczęśliwe.


Dworzec Główny Przeprowadzka. 2019-07-11

 Tak się właśnie czuję - siedzę i czekam na pociąg. A to jeszcze kilka dni i witaj nowa przygodo! Wszystko już spakowane koty poinformowane, CriKota nawet zgodziła się z twierdzeniem, że przeprowadzka jest fajna, a psom i tak jest wszystko jedno. Tak więc, Trąbki, trąbulki à bientôt!


Żółte żonkile. 2019-04-19

 Dzisiaj jest Wielki Piątek. Ale jest również rocznica tak wielkiego upodlenia ludzi, że śmierć była najlepszym, co mogło ich spotkać:


"Rozumiesz jest taka milczenia granica, 


Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,


I idzie tak człowiek i już zapomina,


O co miał walczyć i po co?


 


Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,


Gdy patrzy na chmury i gwiazdy i zorze,


cioć inni umarli, on umrzeć nie może,


I wtedy powoli umiera."


Cz. Miłosz  "Walc".


Ona. 2019-04-16

Jej potężne drzwi są bramą do innego świata. Po przestąpieniu progu znika zgiełk współczesnego świata. Ogarnia cię magia wieków, pokoleń, ale nade wszystko magia sztuki. Czar światła,  cichego spokojnego, niosącego ukojenie, zmieniającego się wraz z porami dnia i roku. Każdy dźwięk jest wyostrzony, nawet cichość szeptu unosi się ku górze niczym motyl. To świat zaklęty w ułamku sekundy i trwający przez wieki. Świat ludzkich wyobrażeń piekła i nieba, zamknięty  w kamieniu i szkle.


 Wyobrażasz piękno Absolutu. Wróć do nas, proszę.


Tak pięknie. 2019-04-14

Tak pięknie świeci słońce, pachną fiołki, jem tartę cytrynową i stwierdzam, że świat jest piękny, byle by tego nie psuć. Czego i Wam życzę:).


A tartę cytrynową uwielbiam.


Od Czarta do Diabełka. 2019-03-24

Wszystko zaczęło się od książki, którą sobie pożyczyłam, specjalnie z powodu przepisów deserowych. Niestety nie jestem w nich najlepsza, ponieważ desery wymagają precyzji i nie zostawiają zbyt wiele miejsca dla ułańskiej fantazji, w przeciwieństwie do przystawek, czy dań głównych. Ale wracając do książki - tytuł to "Zagadka Czarciego Tortu". Czytać jej nie ma po co, bo strasznie nijaka jest, ale tort mnie skusił. Znalazłam przepis i postanowiłam spróbować. Słonek jechał na zakupy, dostał listę. Czekam. Czytam przepis raz i drugi, na ciasto i jakiś taki dziwny mi się wydaje. Włączyłam myślenie, co ostatnio jest wielkim osiągnięciem. Postanowiłam ulepszyć całość, a już na pewno, ułatwić sobie życie. Postanowiłam zrobić czekoladowy biszkopt. To potrafię. Czekając na zakupy przygotowałam ciasto, włożyłam do piekarnika. Wyrosło zjawiskowo, Słonek wrócił z zakupów, wszystko super. Ciasto się upiekło, wystygło, przekroiłam, naponczowałam, bo jak wiadomo biszkopt bardzo tego potrzebuje i zabrałam się do masy. W przepisie było: "340 g wiórek czekoladowych". Z wiórkami i nas krucho, dlatego zdecydowałam się na czekoladę, bo skoro i tak ma trafić do kąpieli wodnej, to co to za różnica? Wcześniej sprawdziłam czy czekolada naprawdę jest gorzka. Była. Trochę mnie niepokoił napis na opakowaniu - " Danusia" ale nie wnikałam w temat. Dopiero podczas łamania jej na kostki, coś mnie tknęło. Jakoś za łatwo pękała jak na gorzką. Chwilę postałam, nic sensownego nie wymyśliłam, w końcu postanowiłam spróbować. Nadziewana! Super. Rozdarłam się na cały dom, wzywając winowajcę. Przyszedł, spróbował i na jego wyraźne życzenie postanowiłam zaryzykować z czekoladą nadziewaną kremem z firmowej "Danusi". Dalej poszło łatwo. Kosztuję masę: wow, super jest ale tak obłędnie słodka, że zęby wyrywa. Cholera, też niedobrze. Co tu zrobić? Wiem, dżem z czarnej porzeczki. Może wiśnia byłaby lepsza, ale jej nie miałam. Posmarowałam jedną warstwę dżemem, na to masę, ciasto i resztę masy. Jazda do lodówki. W ten sposób z "Czarciego Tortu" nie zostało nic, poza pomysłem i nowym plackiem, który postanowiłam nazwać "Diabełek".


 A mówiłam, że desery nie są moją mocną stroną, ale za to pyszną:).


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]