etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Dworzec Główny Przeprowadzka. 2019-07-11

 Tak się właśnie czuję - siedzę i czekam na pociąg. A to jeszcze kilka dni i witaj nowa przygodo! Wszystko już spakowane koty poinformowane, CriKota nawet zgodziła się z twierdzeniem, że przeprowadzka jest fajna, a psom i tak jest wszystko jedno. Tak więc, Trąbki, trąbulki à bientôt!


Żółte żonkile. 2019-04-19

 Dzisiaj jest Wielki Piątek. Ale jest również rocznica tak wielkiego upodlenia ludzi, że śmierć była najlepszym, co mogło ich spotkać:


"Rozumiesz jest taka milczenia granica, 


Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,


I idzie tak człowiek i już zapomina,


O co miał walczyć i po co?


 


Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,


Gdy patrzy na chmury i gwiazdy i zorze,


cioć inni umarli, on umrzeć nie może,


I wtedy powoli umiera."


Cz. Miłosz  "Walc".


Ona. 2019-04-16

Jej potężne drzwi są bramą do innego świata. Po przestąpieniu progu znika zgiełk współczesnego świata. Ogarnia cię magia wieków, pokoleń, ale nade wszystko magia sztuki. Czar światła,  cichego spokojnego, niosącego ukojenie, zmieniającego się wraz z porami dnia i roku. Każdy dźwięk jest wyostrzony, nawet cichość szeptu unosi się ku górze niczym motyl. To świat zaklęty w ułamku sekundy i trwający przez wieki. Świat ludzkich wyobrażeń piekła i nieba, zamknięty  w kamieniu i szkle.


 Wyobrażasz piękno Absolutu. Wróć do nas, proszę.


Tak pięknie. 2019-04-14

Tak pięknie świeci słońce, pachną fiołki, jem tartę cytrynową i stwierdzam, że świat jest piękny, byle by tego nie psuć. Czego i Wam życzę:).


A tartę cytrynową uwielbiam.


Od Czarta do Diabełka. 2019-03-24

Wszystko zaczęło się od książki, którą sobie pożyczyłam, specjalnie z powodu przepisów deserowych. Niestety nie jestem w nich najlepsza, ponieważ desery wymagają precyzji i nie zostawiają zbyt wiele miejsca dla ułańskiej fantazji, w przeciwieństwie do przystawek, czy dań głównych. Ale wracając do książki - tytuł to "Zagadka Czarciego Tortu". Czytać jej nie ma po co, bo strasznie nijaka jest, ale tort mnie skusił. Znalazłam przepis i postanowiłam spróbować. Słonek jechał na zakupy, dostał listę. Czekam. Czytam przepis raz i drugi, na ciasto i jakiś taki dziwny mi się wydaje. Włączyłam myślenie, co ostatnio jest wielkim osiągnięciem. Postanowiłam ulepszyć całość, a już na pewno, ułatwić sobie życie. Postanowiłam zrobić czekoladowy biszkopt. To potrafię. Czekając na zakupy przygotowałam ciasto, włożyłam do piekarnika. Wyrosło zjawiskowo, Słonek wrócił z zakupów, wszystko super. Ciasto się upiekło, wystygło, przekroiłam, naponczowałam, bo jak wiadomo biszkopt bardzo tego potrzebuje i zabrałam się do masy. W przepisie było: "340 g wiórek czekoladowych". Z wiórkami i nas krucho, dlatego zdecydowałam się na czekoladę, bo skoro i tak ma trafić do kąpieli wodnej, to co to za różnica? Wcześniej sprawdziłam czy czekolada naprawdę jest gorzka. Była. Trochę mnie niepokoił napis na opakowaniu - " Danusia" ale nie wnikałam w temat. Dopiero podczas łamania jej na kostki, coś mnie tknęło. Jakoś za łatwo pękała jak na gorzką. Chwilę postałam, nic sensownego nie wymyśliłam, w końcu postanowiłam spróbować. Nadziewana! Super. Rozdarłam się na cały dom, wzywając winowajcę. Przyszedł, spróbował i na jego wyraźne życzenie postanowiłam zaryzykować z czekoladą nadziewaną kremem z firmowej "Danusi". Dalej poszło łatwo. Kosztuję masę: wow, super jest ale tak obłędnie słodka, że zęby wyrywa. Cholera, też niedobrze. Co tu zrobić? Wiem, dżem z czarnej porzeczki. Może wiśnia byłaby lepsza, ale jej nie miałam. Posmarowałam jedną warstwę dżemem, na to masę, ciasto i resztę masy. Jazda do lodówki. W ten sposób z "Czarciego Tortu" nie zostało nic, poza pomysłem i nowym plackiem, który postanowiłam nazwać "Diabełek".


 A mówiłam, że desery nie są moją mocną stroną, ale za to pyszną:).


Chałwa. 2019-03-19

Od wielu tygodni "łaziła" za mną i nie pozwalała o sobie zapomnieć. Trochę się jej bałam. A nie wyjdzie mi, a zniechęci mnie do dalszych eksperymentów etc., etc.


Aż w końcu się zmobilizowałam i złapałam chałwę za rogi.


I co z tego wyszło?


Jest przepyszna, w punkt słodka i cudownie zdrowa.


A teraz będę ją pochłaniać, czego i Wam życzę.


Jak to z medycyną było ( mi nie po drodze) cz.2. 2019-03-12

 Kurczak był pyszny:).


Wracając do tematu. Leki wykupił mi Słonek, żebym nie musiała się męczyć. Zastrzyki - Olfen - tak się paskud nazywa. No i się zaczęła polka galopka. W przychodni żadna pielęgniarka nie poda leku, ponieważ jest na czarnej liście. Ot, nowoczesna medycyna.


 Słonek wymyślił nocną i świąteczną pomoc medyczną. Pojechaliśmy. Najpierw musiałam przeczytać informację, następnie podpisać oświadczenie, że zapoznałam się z informacją, potem musiałam wysłuchać kolejnego wykładu o szkodliwości leku, czyli już drugiego w jednym dniu i w końcu jest: On - Zastrzyk - Wytęskniony. Czas trwania iniekcji 5 sec. Mogłoby się zdawać, że teraz połamaniec może spokojnie wrócić do domu i położyć się, wreszcie, do łóżeczka. A dupa. Teraz należy odczekać w poczekalni 1 godzinę, w celu sprawdzenia, czy przeżyję, bo lek może wywoływać wstrząs anafilaktyczny.


Ja wiem, że to może się wydawać błahe, albo wręcz śmieszne, ale w tamtym momencie wcale mi do śmiechu nie było. Bolało mnie, ani siedzieć, ani stać, a wieszak był zajęty. To po pierwsze. Dalej: siedzi cała poczekalnia zasmarkanych, prychających i kaszlących, to jak nic "kupię" od kogoś wirusa. Już oczami wyobraźni widziałam, jak do tego bólu dochodzi atak kaszelku - raj utracony! Wytrzymałam pół godziny. Niestety pielęgniarka mnie dopadła i kazała podpisać oświadczenie, że wychodzę na własną odpowiedzialność. Podpisałam, bo już naprawdę było mi wszystko jedno.


Jeśli ktoś z Was myśli, że był to jednorazowy występ służby zdrowia, to w życiu się tak nie pomylił. Dokładnie takie same szykany trwały przez kolejne 5 dni. Tyle wytrzymałam. Informacja, podpisanie oświadczenia, że przeczytałam, oświadczenie, że wychodzę na własną odpowiedzialność.


A tak przy okazji, bo bardzo mnie to interesuje: czy gdyby po podpisaniu tegoż oświadczenia, że wychodzę na własne ryzyko np. w drzwiach szpitala dopadłby mnie ów osławiony wstrząs, to czy szpital pozwoliłby mi opuścić ten ziemski padół? Chyba tak, bo przecież podpisałam.


Wnioski nastąpią w kolejnym wpisie, bo temat jako taki mnie zdenerwował po raz kolejny.


Jak to z medycyną było ( mi nie po drodze). 2019-03-12

 Ja już kilkakrotnie pisałam o cudach nowoczesnej medycyny. Przez długi czas nie miałam z nią kontaktu i było mi z tym dobrze, ale nieszczęsna rwa kulszowa zmusiła mnie do ponownego przyjrzenia się problemowi.  I tak całkiem szczerze, to nawet nie umiem nazwać tego obłędu. Ale po kolei.


 Ciągnie się taki połamany pacjent do lekarza rodzinnego, ja akurat znalazłam sobie wieszak, na którym się powiesiłam, bo tak było mi najwygodniej i czeka. Czeka sobie i czeka, bo niby godzina jest ustalona, ale jak wiadomo czas jest względny,więc pacjent czeka. Wreszcie lekarz spojrzy na niego łaskawym okiem, każąc połamańcowi robić skręty tułowia, a co, niech ma za swoje. Jakby gołym okiem nie było widać usztywnienia. No ale może lekarz źle widzi, a kolegi specjalisty odwiedzić nie chce, bo wie co go tam czeka. Tak czy inaczej wybadany połamaniec dostaje w końcu receptę.


Kilkanaście lat temu, wiem bo mój tato miał wypadnięty dysk, pacjent dostawał wit. B w zastrzykach. Bolało to jak cholera, ale przynosiło ulgę. Dlatego nieśmiało o nią poprosiłam. W zamian dostałam wykład na temat braku dowodu, że wit. B pomaga. No super, skoro są lepsze leki, które mi pomogą  jestem w stu procentach za! 


Cdn. ale nie teraz, ponieważ muszę wrócić do obiadowego butter chicken.


Uwaga na skarpety. 2019-02-26

Rwa kulszowa rozłożyła mnie na łopatki. Dosłownie i w przenośni. A wszystko przez skarpetę. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Podobno wczoraj, przede mną, był na zastrzyku pan, któremu widelec spadł na podłogę. Też go dziabnęło. To znaczy nie widelec go dziabnął tylko korzonki.


Tak więc, leżę sobie, jak ten worek kartofli, i zastanawiam się co też można, w takim stanie, twórczego zdziałać? 


I wymyśliłam: dwa konkursy literackie stworzone chyba specjalnie dla mnie. Dobrze, że w porę sprawdziłam, bo mam jeszcze trochę czasu na pisanie. 


Pisanie pisaniem, ale nikomu nie życzę takich perturbacji wynikłych ze zdejmowania skarpety. 


O wyższości... 2019-02-18

Podczas towarzyskiego spotkania, panowie, szowinistycznie, dyskutowali o wyższości posiadania psa nad posiadaniem żony. Przez chwilę grzecznie tego słuchałam, aż wreszcie się zeźliłam. Moja odpowiedź na ich argumenty była następująca:


Każda żona jest usprawiedliwiona,


Bo żadna nie ma ogona!


 W ten sposób ich załatwiłam.


I dobrze im tak!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]