etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Avatary 2011-02-23

Leżę sobie z grypką, albo raczej z obrzydliwym grypskiem. Gorączka mnie zjada i zamazuje obraz rzeczywistości. Za to jak tylko zamknę oczy to pojawiają się avatary - całe ich stada. Powoli zaczynam się do nich przyzwyczajać, a nawet żałować, że należą do świata fantazji. Gdyby były realne bardzo ułatwiłyby nam życie: leży sobie taki chory człowiek w łóżeczku, a one za nas do pracy, na zakupy, do urzędu. A byłoby jeszcze lepiej gdyby to one chorowały, a my w tym czasie do urzędu... . Nie, tak też do bani. Wynika mi z tego, że najpiękniejsze życie mielibyśmy w świecie bez chorób i urzędów. Zdaje się, że już raz ludzie żyli w takim miejscu. Nazywało się Eden. I jeszcze jedno, tak zupełnie na koniec dzisiejszego majaczenia. Wniosek nasuwa się sam: JEDZENIE JABŁUSZEK KOŃCZY SIĘ PRZYKRYMI DLA WSZYSTKICH KONSEKWENCJAMI.


Karmel 2011-02-14

Dlaczego ja na nic nie mam czasu? A jak już mam kilka minut, to jestem tak ochwacona, że największym miłosierdziem byłoby mnie dobić. Właśnie odkryłam co, a raczej kto jest tego powodem - Karmel, beagle znaczy. Kilka miesięcy temu, po stosownie długiej żałobie, po poprzednim psie,osobiście go sobie nabyłam. No to mam. Poprzedni pies był arystokratą absolutnym i w dodatku sybarytą: najbardziej lubił kanapę, podusię pod łebkiem, a kocykiem też nie pogardził. Spacer w deszczu odpadał, bo jak wszystkim wiadomo mokra skórka to nic przyjemnego, mróz też nie był jego sprzymierzeńcem, bo w łapki zimno - typowy boksiu. Życie z nim było łatwe i beztroskie. Niestety skończyło się. Za to teraz rozrywek mam całą masę. Bo Karmel jest psim podrostkiem, niby dorosły, ale jeszcze pstro w głowie - to po pierwsze, po drugie boi się wielu rzeczy, a po trzecie zasoby energii ma wręcz atomowe. No i sprzątać kocha. Niestety jego pojęcie porządku stoi w sprzeczności z moim. Dziwnych rzeczy się boi: parasola, dzwonka u drzwi, gazety i papierowej torby na zakupy. A kiedy się nie boi to stara się jak może zarobić na swoje utrzymnie. I wtedy sprząta. Najbardziej mu się podoba, kiedy wszystko leży na podłodze. Poza tym jest, co w jego przypadku nieco dziwne, zapalonym czytelnikiem - książki wręcz pochłania. Ale trzeba mu przyznać, że bardzo obowiązkowy jest: zawsze najpierw odpracuje porządki, a dopiero potem przychodzi na pieszczoty. Zupełnie tak jak teraz. No i jak tu nie kochać Karmela?


Kapelusze 2011-02-12

Ostatnie dni były bardzo ogłupiające: praca - dom, dom - praca, jak w kieracie. Rutyna - oto co nas zabija. Ale skoro tak, to nie poddam się bez walki. Dlatego po powrocie do domu wlazłam do szafy. Wielka jest, jeszcze po babci. Normalnie służy  za przechowalnię. Po kolei wyciągałam pudła. Uwielbiam ten dreszczyk emocji, bo zawartość tych pudeł to moja wielka, wieczna miłość. Kapelusze. Są piękne. Najbardziej lubię ten w stylu Marleny Dietrich. Czysta klasyka - czarny z dużym rondem. Magia w nim jest prawdziwa. Każda moja przyjaciółka, kiedy tylko go założyła od razu piękniała. Być może to zasługa tego ronda, które rzuca na twarz cień, niczym delikatną mgiełkę. Ja jednak wolę myśleć, że to magia. Mam ich w sumie osiem: dwa jeszcze po babci, resztę zdobyłam sama. Tylko najbardziej mnie boli, że więdną tak w pudłach, niczym kwiaty bez wody. Bo co niby mam z nimi zrobić w obecnych czasach? Zadawać szyku w galerii, czy uprawiać jogging? A skoro już o kapeluszach mowa, to ostatnio bardzo poprawiły mi humor "Kapelusze doñi Nicanory". Cudowna, ciepła i pełna humoru książka, choć o kapeluszach jest tam niewiele.


Niebanalny klient 2011-02-08

Kilka miesięcy temu postanowiłam niczemu już się nie dziwić. Przyjąć za pewnik, że ludzie są nieprzewidywalni, a ich zachowania i pytania, które potrafią zadawać - nieodgadnione. Bo podobno "kto pyta nie błądzi". Fakt. Ale za to potrafi ogłupić pytającego. Tą złotą dewizą kierowałam się aż do wczoraj.
Koło południa drzwi do gabinetu otworzyły się i z głośnym:
- dzień dobry - wszedł mężczyzna. Jakiś nowy, potencjalny klient.
- Dzien dobry. W czym mogę pomóc?
- Na pani stronce znalazłem masaż - lekkie wahanie - ho...
- holistyczny - pomogłam.
- Może pani coś więcej powiedzieć.
Pociemniało mi w oczach. Na temat samej holistyki można tygodniami. Zaprosiłam go, żeby usiadł. Wyglądał całkiem normalnie i bez wątpienia należał do grupy "krawatowców", bo garnitur go "nie kąsał".
- Wie pan, wszystkie najważniejsze informacje o holistyce i masażu znajdują się na stronie. Taka wiedza w pigułce.
Znam to spojrzenie. Patrzy na mmnie i wiem, że nic nie rozumie.
- Niezbędnik taki - brnę dalej - a jeśli chce się pan dowiedzieć czegoś więcej o holistyce jako całości to mogę polecić kilka pozycji wydawniczych.
- Ale tam było napisane, że całego ciała.
Oops. Tu wcale nie chodzi o holistykę.
- Zgadza się.Całego ciała z wyłączeniem części intymnych
- Ile taka przyjemność?
Podałam cenę.
- Znaczy normalka. A te części intymne to co?
- To nic. Nie masujemy ich?
- Nie, ja pytam co to?
Zaczynałam powoli tracić cierpliwość. Klientka na mnie czeka, leży z maską i nie mogę jej tak zostawić w nieskończoność.
- Nie wie pan co to są części intymne?
- Wiem, ale to znaczy jakie?
- Mówimy o masażu dla pana?
- Tak. Jasne.
- No to żeby było jasne: masaż holistyczny nie obejmuje masażu stref intymnych, czyli penisa, moszny i odbytu.
Dalej patrzy na mnie jak na cielę o dwóch głowach.
- Ale co to do cholery jest PENIS?
Muszę przyznać, że mnie zamurowało.
CZY TO MOŻLIWE ŻEBY DOROSŁY FACET NIE WIEDZIAŁ CZYM DYSPONUJE?


*** 2011-02-06

Tak naprawdę to bardzo współczuję klientom gabinetów kosmetycznych. Doskonale wiem jak to jest być po drugiej stronie. Często sama występuję w roli klientki. Robię to po części z ciekawości, po części w nadziei, że czegoś się nauczę. Zwykle w takich sytuacjach proszę o masaż twarzy, szyi i dekoltu. Dlaczego? Z dwóch powodów: po pierwsze jest to jeden z lepszych testów kwalifikacyjnych, a po drugie masaż, nawet źle wykonany nie powoduje trwałych szkód. Kilka miesięcy temu odwiedziłam jeden z nowych gabinetów. Przywitała mnie właścicielka, będąca równocześnie nowym narybkiem kosmetycznym. Było pochmurne, listopadowe popołudnie. Za kilka godzin wychodziliśmy na imprezę, dlatego tym razem poprosiłam o makijaż. Gabinet oświtlały źle rozmieszczone lampki punktowe. Z zewnątrz, przez niczym nieosłonięte okna, wpadało szare, ponure światło. Fotel też był źle ustawiony. Twarz klientki, czyli moja,znajdowała się w najgłębszej strefie cienia. Natomiast połączenie światła dziennego i sztucznego tworzyło piorunującą mieszankę. Siadając na fotelu nie zauważyłam żadnych alternatywnych form oświetlenia. Zastanawiałam się w jaki sposób rozwiązany jest ten problem? Jakieś ukryte lampy? Gdzie? Zupełnie niepotrzebnie sie nad tym głowiłam. Kosmetyczka była dobra i obłędnie miła. Ten rodzaj uprzejmości nieodmiennie kojarzy mi się z "lizaniem odbytu" a o to w końcu nie prosiłam. Rozumiem też dlaczego tak się zachowywała. Na moją prośbę o diagnozę skóry usłyszałam tylko: - jest ładna i zadbana. No tak. Swój brak kompetencji pokrywała słodkim ćwierkaniem. W końcu przystąpiła do pracy.Problem w tym, że za cholerę nie widziała odcieni - bądź co bądź są one wyjątkowo istotne przy makijażu. Ale była twórcza. Co chwilę podchodziła do stolika przy skórzanej sofie. Stała tam lampka i przy jej pomocy wybierała kolor. Jednak przez cały ten czas nie pojawiła się w jej głowie myśl o mnie. Nie miała przecież okazji zobaczyć mojej kolorystyki, odcienia skóry, koloru oczu itp. drobiazgów. W ogóle już od dłuższego czasu czułam, że jestem tylko nędznym dodatkiem do makijażu. Ale obiecałam sobie, że wytrwam, choć z każdą chwilą było mi trudniej znieść niekończący się szczebiot:"usteczek", "oczek" i "noska". Kiedy wreszcie skończyła z ulgą zapłaciłam i wyszłam. Nawet nie miałam siły na dyskusję. Bardzo chciałam być obiektywna i bezstronna. Dlatego kiedy tylko weszłam do domu, dopadłam do toaletki, zapaliłam światło i ...zawołałam matkę, żeby przy pomocy aparatu fotograficznego zdokumentowała dzieło. Nie zamierzam go upubliczniać, ponieważ obiecałam sobie straszyć dopiero po śmierci. Przypomniałam sobie o tym gabinecie miesiąc temu, kiedy przed wejściem zobaczyłam wielki szyld z napisem: "PROFESJONALNE MAKIJAŻE".


Pamiętnik nie- Profesjonalistki 2011-02-05

Stoję sobie, zdawałoby się , w najkrótszej kolejce do kasy. I co z tego, że najkrótsza, skoro wszystkie inne, powoli ale systematycznie posuwają się do przodu. Nic dziwnego - w końcu "nasza" stoi. Kasjerka ma jakiś problem z czytnikiem kart. Z nudów smętnie rozmyślam nad trafnością praw Murphiego. Za mną jakieś dziewczyny prowadzą ożywioną dyskusję:


- ... no i poszła z tym zaproszeniem. Chciała tylko podciąć grzywkę, ale fryzjerka namówiła ją na zmianę fryzury. Jak już skończyła to Anka się rozpłakała.


- To co jej zrobiła? - pyta druga.


- Jakiś koszmar. Widziałam ją wczoraj. Wygląda jak źle oskubana kura.


- I nie zrobiła awantury?


- Co ty, nie znasz Anki? Ona się tylko rozpłakać potrafi. Ale to jeszcze nie koniec. Kiedy fryzjerka zobaczyła, że Anka płacze, zaproponowała jej darmowy makijaż.


- No i...


- No i kosmetyczka zrobiła jej makijaż, ale najpierw wyskubała jej brwi.


-Po co? Akurat brwi to ona ma ładne. 


- Miała. Teraz ma dwie cieniutkie kreski i czeka aż jej odrosną.


- To w sumie dobrze, że jest zima.


-Dlaczego?


- Bo może nosić czapkę. W lecie musiałaby założyć papierową torbę na głowę.


 Przestałam słuchać, bo trafił mnie szlag. Zresztą nie po raz pierwszy. I niestety wcale się nie dziwię takim komentarzom klientek. 


Jeszcze kilkanaście lat temu polskie kosmetyczki były rozchwytywane na zachodzie, jak świeże bułeczki. Czas przeszły dokonany. Niestety. 


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]