etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
*** 2011-07-31

Drogi Galu Anonimie, niestety nie potrafię Ci pomóc w sprawie umieszczenia "Królów przeklętych" na półkach lub w innych miejscach, ale wierzę, że sobie poradzisz. Tego typu perełki, i jeszcze wiele innych, bardziej lub mniej sensownych, a czasami obrzydliwych, pamiętam głównie z wykładów z historii kosmetyki i kosmetologii. Chociaż o tym miodzie i soli przypomniałam sobie właśnie dzięki "Królom przeklętym". O ile dobrze pamiętam w tomie IV się to pojawia. Co do tomu mogę się mylić, chociaż mam nadzieję, że nie.
Poza tym wiem już jak spędzę urlop. Ciężka cholera! Znowu dałam się wrobić i słowo honoru, że coraz bliższa jestem chwili, w której odrąbię sobie język albo gębę zamuruję. Wtedy nie uda mi się robić sobie koło pióra. Będę mianowicie występować jako mapa samochodowa Polski i przewodnik po zabytkach. I jedyna decyzja jaką muszę podjąć to taka jaką formę mam wybrać: książkową czy elektroniczną?


Wszystkiego po troszkę. 2011-07-29

 Goście mojej mamy rozpełzają się wszędzie i szarpią mój układ nerwowy. A trzeba było nie dać omamić się głupim tortem. Łakomstwo ukarane! I oczywiście, jakby tego było mało, znowu działa prawo serii - wszystko się psuje! Ostatnim gwoździem do trumny stał się zepsuty odkurzacz. Mocno mnie to zdegustowało, bo jak niby mam funkcjonować bez odkurzacza? w związku z tym wczoraj zaszalałam i kupiłam cudo, w którym od razu się zakochałam. I teraz moją ulubioną czynnością jest odkurzanie. Jeśli ta pasja mi nie minie, to zatrudnię się gdzieś, jako odkurzaczka, byle tylko nie rozstawać się z ulubionym urządzeniem. A wczoraj wieczorem przeprowadziłam eksperyment naukowo - historyczny. Od kilku lat nie dawała mi spokoju informacja, że w Średniowieczu, w bogatych rodach, ledwo urodzone dzieci nacierano solą i miodem i szczelnie owijano. Wreszcie wczoraj zmobilizowałam się, żeby sprawdzić skuteczność metody. Bo o ile rozumiem sensowność miodu, to z solą zawsze miałam problem. Niby można ją zastosować jako peeling, ale skóra noworodków go nie potrzebuje. Upaćkałam wszystko wokół siebie, zawinęłam się szczelnie i czekam. Po pół godzinie miałam dość. Odmumifikowałam się i poszłam pod prysznic. Szłam jak kaczka, bo cała się lepiłam. Największą ulgę i przyjemność sprawiły mi strumienie ciepłej wody. Co za ulga! A efekty? Być może fakt, że nie jestem oseskiem wyklucza zbawienne działanie zabiegu, bo efekty były raczej mierne. A może wpływ na to ma obecny rozwój kosmetologii, który daje nam tak duży wachlarz urządzeń i preparatów, że nie potrafimy już docenić metod naszych przodków? Jedno jest pewne: sprzątanie łazienki i sypialni po zabiegu spowodowało, że na długo zrezygnuję z kolejnych eksperymentów. Ciekawa tylko jestem, kiedy ja się wreszcie zacznę nudzić?


Woda. 2011-07-25

Jeszcze kilka dni takiej pogody i z pewnością nabawię się reumatyzmu. Już teraz kręgosłup mnie łupie. I kompletnie nic mi się nie chce, nawet pisać, bo za oknem deszcz szumi i mam wrażenie, że woda w klawiaturze mi chlupie. Naciskam "a" - gejzerek, "n" - balon z wodą, "o" - fontanna. Brrr. Carmel wrócił z ogrodu i wygląda jak zmokła kura, oby tylko gdakać nie zaczął. Już wystarczy, że nie mogę go nauczyć wycierania łap. W związku z tym on zostawia ślady, a ja latam na mopie. Poza tym to niesprawiedliwe. Człowiek zawsze może założyć kalosze, a jemu to chyba w końcu płetwy wyrosną. I w dodatku z braku słońca wszyscy dostaniemy krzywicy i będziemy wyglądać jak sklepienia kolebkowe, czego i Wam moi drodzy życzę.


Złota myśl. 2011-07-24

"Stawiaj opór niczym sklepienie, które trzyma się właśnie dlatego, że każdy z tworzących go kamieni pragnie upaść."
Heinrich von Kleist.


Dla Gali. 2011-07-22

Otwieram dzisiaj pocztę, co w ostatnim okresie bywa zjawiskiem rzadkim, i znajduję maila z prośbą o pomoc dla Gali, konia znaczy. Ręce mi się trzęsły, kiedy robiłam przelew, ale nie piszę tego żeby się chwalić. Przez ostatnie lata, dla własnej wygody i komfortu psychicznego, staram się unikać tego typu informacji, choć one i tak, w najdziwniejszy niekiedy sposób, mnie dopadają. A wtedy wraca moja trauma z dzieciństwa, pogłębiona o całą późniejszą wiedzę o ludziach, o tym jak bardzo są głupi, okrutni, bezmyślni, o tym, że z jednej strony "człowiek - to brzmi dumnie", a z drugiej przynależność do tego gatunku jest jak największa obelga.
W wieku 7 lat, po raz pierwszy, wyżebrałam u rodziców wizytę w schronisku dla zwierząt. Była rozchlapana zima, brudno, szaro i paskudnie. Ale to nie pogoda sprawiła, że to wspomnienie ciągle mnie dławi. To widok bólu i rozpaczy w oczach tych zwierzaków, a równocześnie nadziei i oczekiwania, że być może to właśnie on wygra szczęśliwy los na loterii - właśnie to pamiętam. I pamiętam jeszcze ten ogrom "złej karmy", której wtedy nie potrafiłam nazwać, a która wisiała nad tym miejscem jak smog, dusiła i nie pozwalała oddychać.
To właśnie skumulowanie nieszczęść istot od nas słabszych i od nas zależnych, tworzy taką atmosferę wokół tych miejsc. I nieważne, czy jest to schronisko dla zwierząt, ośrodek badawczy testujący preparaty na zwierzakach, czy dom dziecka. Wokół każdego takiego miejsca, gdzie słabym i bezbronnym dzieje się krzywda, panuje atmosfera zła! Bo nawiększą ludzką podłością jest skazywać JAKIEKOLWIEK ŻYCIE na ból, poniżenie i strach!
Prawdopodobnie historia Gali zakończy się happy endem. Tyle tylko, że dla mnie najstraszniejsze jest to, że dla CAŁEJ RESZTY TEGO HAPPY ENDU NIE BĘDZIE!


Kubuś Puchatek. 2011-07-21

Dzisiaj znowu dowiedziałam się czegoś nowego o sobie. Chociaż tego rodzaju wiedzy, los naprawdę mógłby mi zaoszczędzić. Otóż okazało się, że jestem przekupna i w dodatku najbardziej przypominam Kubusia Puchatka. Podobno każdy z nas ma swoją cenę, ale żeby tak nisko upaść? Koszmar.
Ale po kolei. Jakieś dwie godziny temu zadzwoniła moja mama.
- Może zajrzysz do domu jeśli nie jesteś zbyt zajęta?
- Nie jestem. Mogę zajrzeć. A w jakim celu? - przezorność kazała mi zadać to pytanie, znam w końcu swoją mamę od urodzenia.
- W żadnym. Dobry obiadek mamy.
Dałam się skusić. Jednak na miejscu gorzko tego pożałowałam, a właściwie żałuję do tej pory.
Pierwsze co zobaczyłam, po wejściu do kuchni, to mój ulubiony tort hiszpański. Cudny. Wielki, biały, z czekoladowym przybraniem. Tylko jedna cukiernia w mieście potrafi robić taką delicję. Przysunęłam sobie krzesło jak najbliżej smakołyku. "Uważaj! Czegoś chcą!" - podpowiadała mi dusza, ale jej nie słuchałam. Coś do mnie mówili, ale całym moim jestestwem rządził już tort. Ślina ciekła mi z pyska, tworząc kałużę wokół mnie, gały wychodziły mi z orbit i ogólnie trwałam w amoku.
- Będziemy go jeść, czy mam tylko na niego patrzeć?
- A obiad?
- W nosie mam obiad.
No i zaczęłam. Resztki poczucia przyzwoitości kazały mi się zamknąć i nie uszczęśliwiać ich informacją, że mogą sobie oszczędzić brudzenia talerzyków - zjem w całości. W końcu mama ma gości i jakieś marne resztki musiałam im zostawić.
A kiedy całą gębę miałam zapchaną bezą i śmietaną moja mamusia rozpoczęła agitację. Tym sposobem dałam się wrobić. Jednym słowem: sprzedałam się. I to w dodatku za NIECAŁY tort! Wstyd!


List do Przyjaciela. 2011-07-20

Dzisiaj o poranku przeczytałam smsa, który zdecydowanie zepsuł mi humor. Mój Przyjaciel mnie zaszantażował takim oto tekstem: " Albo zaczniesz ze mną normalnie rozmawiać, albo wszystko co mam do powiedzenia będę wpisywał w komentarzach do blogu. Oboje tego nie chcemy."
Pewnie, że nie chcemy. Ale rozmawiać z nim nie zamierzam do czasu, aż jego żonie minie głupawka. Dlatego P. przyjmij do wiadomości, że nasze relacje wrócą do normalności w momencie, w którym Twoja żona odczepi się ode mnie. A jeśli koniecznie musisz, to proszę bardzo, pisz komentarze. Poza tym przypominam Ci, że nie lubisz pisać, dlatego z tym większą przyjemnością poczytam.
Życzę Ci miłego dnia P.


Odpowiedź. 2011-07-18

Po części masz rację Galu Anonimie, ale nie do końca. Przypominam o dwóch istotnych faktach:po pierwsze - człowiek pierwotny czcił burzę, podobnie jak wiele innych "cudów natury". Nie zmienia to faktu, że czytać ani pisać nie potrafił, a swoją własność, bez względu na to czy był to mamut, czy kobieta wlókł do jaskini w sposób mało wyrafinowany. A jednak potęgę, która go otaczała szanował.Po drugie - o ile mi wiadomo w XX w. nauczono wszystkich Polaków czytać i pisać. Inna sprawa, że czasami nawet mnie zdarza się w to wątpić. Skoro jednak tak się stało, to noblesse oblige i przynajmniej w założeniach, należy przyjąć, że krąg "wybranych" znacznie się zwiększył. A jest zupełnie odwrotnie.
Dlatego śmiem twierdzić, że "problem" ma zupełnie inne korzenie i dlatego też o nim wspomniałam.


Sztuczne ognie Natury. 2011-07-17

Lubię burzę. Oczywiście najbardziej kocham słońce, wodę i gorące, skąpane w żółtym blasku dni, z bezchmurnym, błękitnym niebem. Ale to burza jest żywiołem najbliższym mojej naturze. Nagła, gwałtowna nawałnica, pełna efektów akustyczno - wizualnych. Ten spektakl, w którym ogień i woda - główni bohaterowie - walczą o najlepsze recenzje, to coś, co fascynuje mnie od zawsze.
Jest w niej dzikość, nieokiełznany charakter, nagła eksplozja i równie szybka zmiana nastroju. Niby słychać jeszcze senne, dalekie pomruki, ale na przejrzystym niebie pojawia się już Symbol Przymierza - tęcza.
Ostatnio jednak wybuchy tego burzowego temperamentu są coraz intensywniejsze. I mam takie wrażenie, że to nasza wina. Żyjemy w klatkach naszych domów, komputerów, niektórzy telewizorów, a jeszcze inni w klatce swoich myśli. I za nic mamy to piękno, które dostajemy w darze. Burza nie jest przedstawieniem, burza jest primadonną, która czeka na nasz podziw i uwielbienie.
I co dostaje?
Puste miejsca na widowni i naszą obojętność. Stara się raz, drugi, setny: nowe kostiumy, maski i fryzury. Dopracowuje role, zmienia repertuar, walczy, kocha i nienawidzi, flirtuje z błyskawicami, uwodzi żywioły, gra na naszej wrażliwości, naszych emocjach, gra dla nas.
A my co?
Zamykamy się w domach, chowamy przed nią w bramach, uciekamy byle dalej, bo sucho, spokojnie i bezpiecznie. Tyle tylko, że życie nie jest bezpieczne! To cywilizacja nas wynaturzyła i wpakowała nam do głowy papkę o tym, że jesteśmy Wszechmocni i Wszechwładni. Na szczęście NIE JESTEŚMY!
Dlatego nie wińmy burzy za to, że walczy o swoje miejsce w Panteonie Natury.
Bo to my jesteśmy winni nie ona.


Diabeł. 2011-07-12

Diabeł wcale nie jest inteligentny, za to mocno wkurzający. Można wręcz powiedzieć, że jest tak samo głupi, jak wredny. Wiadomo, że nie ma on żadnej fabryki, manufaktury ani innego, bardzo w jego przypadku potrzebnego, zakładu produkcyjnego. Ma za to sporą grupę klientów, którzy mają życzenia, wymagania i potrzeby. Zatem żeby podołać zadaniu, diabeł musi kraść, inaczej nie da rady. I do tego momentu wszystko jest super, można nawet powiedzieć, że niezła z niego spryciula. A guzik. Bo teraz zaczynają się schody i inteligencja przydałaby mu się bardzo. Mianowicie, idiota jeden, źle wybiera ofiary. Jak wiadomo nie należę do osób przesadnie pedantycznych, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że do pedanterii daleko mi, jak stąd do Marsa, albo mówiąc inaczej - jestem bałaganiarą. Łatwo się z tą cechą nie żyje, dlatego przez lata zdołałam wypracować SYSTEM. Być może sprawę ułatwia fakt, że nawet w apogeum bezmyślności albo upojenia alkoholowego nie udało mi się schować butów do lodówki, a prania do piekarnika, ale wiele innych grzeszków w tym temacie popełniłam. Dlatego mój system polega na zapamiętywaniu, gdzie co kładę, wieszam lub stawiam. I tu znowu powrócę do diabła. Wydaje mu się, że jest cwany, bo przecież bałaganiara nie zauważy braku, albo pomyśli, że schowała przed sobą tak skutecznie, że zapomniała gdzie? Słowo honoru, znam taki przypadek. Przyjaciółka mojej matki, a było to w czasach ostrego kryzysu, minionego systemu, schowała mężowi buty tak doskonale, że znalazły się dopiero po 10 latach, podczas przeprowadzki. Ale wracając do tematu. Właśnie dwie godziny temu zadzwoniła jedna z moich ukochanych klientek. - Szlag mnie z tobą trafi! Co to jest żeby człowiek po pomoc musiał jechać 300 km? Jak mi powiesz, że cię nie ma, to zrobię ci krzywdę! - No przecież jestem. Do mnie mówisz. Chcesz powiedzieć, że do mnie jedziesz? - błysnęłam inteligencją. - Właśnie. Od tygodnia mam migrenę. Muszę przeżyć orgazm czaszki - to jej prywatne określenie - bo inaczej umrę i będziesz mnie miała na sumieniu. Busem jadę, bo na oczy nie widzę. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Oczywiście nie z powodu twojej migreny się cieszę tylko z tego, że przyjeżdżasz. Bardzo się za tobą stęskniłam. O której będziesz? Odbiorę cię. - Tego jeszcze ne wiem. - To zadzwoń jak będziesz dojeżdżać. Postanowiłam się przygotować. Jasne jest, że najłatwiesze są przygotowania do "orgazmu czaszki". Reszta wymaga więcej wysiłku. I w tym właśnie momencie potężnie wściekłam się na diabła. Olejek cynamonowy. Wiem, że niedawno go kupiłam. Może i kupiłam, ale na półce go nie ma. Doskonale pamiętam moment kiedy uzupełniałam zapasy, chwilę kiedy wyjmowałam olejki z pudełeczek i ustawiałam na półce. - Oddawaj natychmiast, podły diable! Wiem, że tu był i nie uda ci się go zwinąć! Wyjdę na chwilę, policzę do trzech, wrócę, a olejek ma stać na półce! Zrozumiano?! Wróciłam po chwili i okazało się, że olejek stoi sobie spokojnie półeczkę niżej. Świetnie. Wygrałam kolejną złodziejską batalię z diabłem. I kiedy on się wreszcie nauczy, że kraść też trzeba umieć? Głupi diabeł.


??? 2011-07-11

Po trzech dniach błogiego leniuchowania, od świtu nadrabiam wszelakie zaległości. Teraz przyszła kolej na nowy wpis. Niestety miałam go w głowie. Otworzyłam stronę, ale złe mnie podkusiło i zaczęłam czytać nowe wpisy. Jeden z tekstów wydawał się interesujący i postanowiłam przeczytać go w całości. Kiedy już skończyłam znowu odkryłam kilka podstawowych prawd o sobie. Po pierwsze, nie wiem co przeczytałam, a pomimo to, dalej, nie uważam się za wtórną analfabetkę. Po drugie, jest dla mnie zagadką "co autor miał na myśli" porównując "mężczyznę do odzieży ciążowej"? Stąd wniosek, że najwyraźniej nie jestem mężczyzną - dla nich z pewnością jest to oczywiste. I po trzecie, z wrażenia, kompletnie zapomniałam o czym miałam napisać. Moja babcia mawiała: "skoro zapomniałaś to widocznie nie było takie ważne". Jednak tym razem, uważam, że powód mojego obecnego stanu umysłowego jest zupełnie inny.


Rozprawka o flegamatykach. 2011-07-06

Wracając do flegamatyków. Mam jednego takiego w rodzinie. Jest weterynarzem i wszyscy go kochają, nawet jego teściowa, a zwierzaki wręcz go uwielbiają. Jego żona, a moja kuzynka jest dla odmiany tzw. "babą z jajami" i na dodatek choleryczką. Uwielbiam na nich patrzeć. On w swoim wrodzonym, genetycznie posadowionym tempie zabiera się np. do robienia kawy. Powoli wyjmuje filiżanki i spodeczki, każde z nich długo i bardzo dokładnie wyciera.
- Wzorki ci przeszkadzają? - pyta żona.
- Nie. Dlaczego?
- To przestań je ścierać!
Bez dalszej dyskusji on powraca do wykonywanej czynności. W końcu wszystko jest wytarte. A jednak nie. Teraz pora na łyżeczki. Znowu to samo. Długo i dokładnie.
- Pomogę ci - proponuje moja kuzynka.
- Siedź. Ja zrobię. Wy sobie pogadajcie.
Żeby nie psuć sobie zabawy, siedzę jak trusia i z dużą przyjemnością czekam na dalszy rozwój sytuacji. Wreszcie łyżeczki wytarte.
- Ty powiedz mi, czego on się czepia? - to do mnie - przecież to wszystko czyste, po jaką cholerę tak to trze?!
- Daj mu spokój. Niech robi jak czuje.
Obiekt rozmowy nie zwraca na nas uwagi. Bierze czajnik i nalewa wodę. Do kreseczki ani mniej, ani więcej. Stawia i pstryka.
- Niepotrzebnie włączyłeś, zanim wszystko przygotujesz woda już będzie zimna.
Wygląda na to, że w ogóle nie słyszał, albo tylko udaje. Wyciąga kawę i zaczyna odmierzanie. Mało zeza rozbieżengo od tego nie dostaję, bo staram się równocześnie patrzeć na oboje. On z chirurgiczną precyzją odmierza kawę, w niej gotuje się nie gorzej niż w czajniku.
- Walduś, ja cię błagam, pozwól mi to skończyć.
- Nie.
Kolejna długa chwila i już prawie widać metę. Kawa nasypana, a Walduś sięga po czajnik.
- Chcesz czarną czy z mleczkiem? - to do mnie.
- Czarną chce! Ona zawsze pije czarną! - Magda za mnie podejmuje decyzję.
- Ale z cukrem?
- Jasne, że tak - przekrzykuję Magdę.
W końcu nie po to jechałam 40 km od miasta, żeby teraz moja radocha miała się za szybko skończyć.
Kawa już jest. Teraz pora na cukier. Walduś wyjmuje cukiernicę i pudełko z cukrem. Sięga po szczypczyki, oczywiście je przeciera i zaczyna przekładanie kostek.
- Daj to pudełko na stół! W końcu to nie przyjęcie tylko zwykła kawa.
Walduś ogłuchł. Magdę furia stawia na nogi i jednym, płynnym ruchem zabiera mu pudełko sprzed nosa.
- Możesz palcami. Tak nawet lepiej.
Po chwili Walduś zauważa co zrobiła jego żona.
- Podam wam ciasto.
- Nie!! - to już nasz wspólny okrzyk rozpaczy.
Bo to jest tak: z jednej strony taki flegmatyk jest jak balsam dla znerwicowanych, ale tylko przez chwilę. Na dłuższą metę takie spokojne, powolne ruchy potrafią doprowadzić do obłędu.
I cały czas się zastanawiam jakim cudem ona z nim wytrzymuje? Bardzo to wszystko dziwne.


Taka karma. 2011-07-05

Czasami jestem jak typowy bokser. Nie, nie ten z ringu, który obija koledze buźkę i sam jest obijany. Rasę psa mam na myśli. Każdy, kto miał z nimi kontakt, wie o czym mówię. Reszcie wyjaśniam: otóż bokser najpierw robi, a potem myśli. Ja też. Klasyczny przykład, potwierdzający słuszność powiedzenia "z kim przystajesz...". Właśnie dzisiaj strzeliłam sobie kolejnego samobója. Otwierając pocztę coś kliknęłam, nacisnęłam, albo już sama nie wiem, bo robiąc to, świadomość przezornie wyłączyłam. Dzięki czemu nie mam pojęcia jak to odwrócić, ergo nie mogę się do niej (tej poczty) dobrać. Już dwie godziny się męczę i tyłek blady, dalej jestem na drzewie z ręką w nocniku.
Jak ja zazdroszczę tym spokojnym, flegmatycznym nawet, poukładanym pedantom, którzy zawsze wiedzą: co?, jak? i dlaczego?
Właśnie przed chwilą zadzwoniłam do swojego przyjaciela, żeby się poskarżyć na samą siebie, w nadzei, że zaprzeczy, albo nawet mnie pocieszy. Coś w stylu "wszystko będzie dobrze" albo może powie coś równie pokrzepiającego. I co usłyszałam?
- No wiesz, taka karma.
Tego się po nim nie spodziewałam. Brutus jeden.


Robota kocha głupiego. 2011-07-01

Jestem najlepszym przykładem na prawdziwość tego twierdzenia. Nawet jeśli tytułowej roboty nie ma, to taki głupol jak ja, zawsze ją sobie znajdzie. Zaczęło się niewinnie. Zgodnie ze zwyczajem złożyłam życzenia mojemu najlepszemu przyjacielowi z okazji urodzin i imienin. Do życzeń dołączyłam prezent. Coś o czym marzył i przypadkiem się wygadał. Niestety nie spodobało się to jego żonie, która od kilku tygodni znowu jest w fazie podejrzeń. No więc całkiem miło nie było. Dlatego po powrocie do domu musiałam sobie zrekompensować "gryzienie się w język". W tym celu zabrałam się do przewieszania obrazów. Czasem to pomaga, ale tym razem "inwencja twórcza" mnie poniosła. Kilka z nich zdjęłam i odstawiłam na strych, bo po pierwsze nigdy mi się nie podobały, a po drugie nie były najlepsze. Zostały po nich puste haki. Oczywiście, że tego nie przewidziałam. Nie cierpię patrzeć na puste haki w ścianie. Wtedy rośnie we mnie furia. Żeby jej zapobiec sięgnęłam po walizeczkę z narzędziami. Kombinerki. Super. Przyłożyłam się, szarpnęłam raz i drugi, i nic. Hak dalej siedzi w ścianie. Zawzięłam się. Za którymś kolejnym szarpnięciem odniosłam zwycięstwo! Niestety tylko częściowe, bo razem z hakiem posypał się spory kawał tynku. Tak więc teraz zamiast haka miałam dużą dziurę w ścianie! Ale to mi jeszcze nie wystarczyło. Skoro mam jedną to mogę jeszcze kilka dorobić. Usunęłam wszystkie niepotrzebne haki, z podobnym skutkiem. Jedyna różnica - wielkość i kształt dziur. Też dobrze. Tyle tylko, że wtedy okazało się, że dziur nie lubię tak samo, jak pustych haków. Zeszłam do piwnicy po gips. Znalazłam nawet to coś, czym należy nakładać gips na dziurę, ale jakoś narzędzie nie przypadło mi do gustu. Najlepiej nakładało mi się ręcznie. Kiedy skończyłam była godzina trzecia rano, a ja do łokci byłam upaćkana gipsem. Rano stwierdziłam, że bardzo zdolny ze mnie budowlaniec, choć nie przewidziałam jednej rzeczy: kolor gipsu nijak nie współgra z kolorem ścian, dzięki czemu czeka mnie malowanie.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]