etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Rosz ha-Szana 2011-09-28

Dzisiaj po zachodzie słońca rozpoczyna się Rosz ha-Szana, czyli dosłownie: "głowa roku"; pierwszy i drugi dzień miesiąca tiszri - żydowski Nowy Rok.
Ale nie jest to tylko święto żydowskie. To święto uniwersalne, święto człowieka "stworzonego według istoty Boga." Czyli każdego.
Jest to zupełnie inny Nowy Rok, niż w większości kultur. To święto poprzedzające 9 dzień tiszri, czyli Jom Kipur.
Czas analizowania własnego życia, dostrzeżenia swoich win zarówno przeciwko Bogu jak i człowiekowi. Prośba o wybaczenie u Boga i skrzywdzonych. To święto zagłębienia się w sobie i przeanalizowania swojego stosunku do Boga i do świata.
I co roku mam nadzieję, że będę dalej na tej swojej drodze do celu i co roku uświadamiam sobie jak wiele jeszcze przede mną pracy. No, ale w końcu po to tu jesteśmy.
A wszystkim Czytelnikom mojego bloga życzę:
LESZANA TOWA TIKATEWU WETEHATEMU!
czyli
OBYŚCIE BYLI ZAPISANI W KSIĘDZE ŻYCIA I OPIECZĘTOWANI NA DOBRY ROK!


"Pewniki." 2011-09-25

Ostatnio czytam, na różnych blogach wpisy, dotyczące Boga i wiary. Tak się jakoś posypało. Doskonale wiem, że to dwa różne teamty: wiara i Bóg. I też postanowiłam wrzucić tu swoje dwa grosze. Posłużę się "Pewnikami" z książki prof. Tadeusza Zielińskiego "Hellenizm a Judaizm". I choć, moim zdaniem, sama książka jest... no, właśnie: marna, napisana tendencyjnie, tylko po to by udowodnić z góry założone tezy, a chwilami wręcz śmieszna w swoim infantylizmie, to te dwa "Pewniki" w niej zawarte są w pełni przemyślane i warte zastanowienia.
"Zapal w sercu swojem jasną pochodnię uczucia religijnego, ale zostaw w domu mdły kaganek wyznaniowości, jeśli chcesz, żeby świątynia religji tobie pokazała swoje cuda."
"Bóg się objawia w pięknie, w prawdzie i w dobrem; doskonała jest tylko ta religia, która uwzględnia wszystkie te trzy objawienia w ich całości."


Kulinarne być albo nie być. 2011-09-23

Sytuacja zmusiła mnie do przygotowania kolacji. Rozpacz. Bo jak można przygotować coś, o czym nie ma się zielonego pojęcia? Jeść umiem owaszem, ale gotować...
Postanowiłam podejść do tematu metodycznie i posłużyć się gotowymi wzorcami w postaci wypróbowanych przepisów mojej mamy. Równie dobrze mogłam skorzystać z "gotowców" w piśmie supełkowym. Tyle samo bym z tego wiedziała, bo jak się okazało u mamy wszystko jest "na oko". Na oko to ja sobie mogę najwyżej nakropić sztucznych łez. Nic poza tym. Tym bardziej, że oko oku nierówne.
Spokojnie można było mnie postawić w kadzi z winogronami. Przynajmniej byłby jakiś pożytek. A tak tylko nerowo przerabiałam nogami i nic z tego nie wynikało. Po jakiejś godzinie bezowocnego tuptania chwyciłam byka za rogi. Mianowicie wywlkołam na światło dzienne wszystkie niezbędne mi produkty i trochę naczyń. Tym sposobem straciłam przestrzeń życiową. Próbowałam "na logikę" część rzeczy pochować, ale zdaje się, że gotowanie niewiele ma wspólnego z logiką, bo schowałam nie to co trzeba. Trwam w tym chaosie już kilka godzin, jak dziecko we mgle, a rezultaty są raczej opłakane. Dobrze, że wstałam o piątej, bo inaczej kolacja byłaby na jutro. A przecież dzisiaj piątek.
Jak do tej pory to efekty są takie: część czeka na swoją kolejkę, część spalona, a część ciągle się gotuje, i mam wrażenie, że ten proces termiczny nigdy się nie skończy, bo cholera ciągle twarde.
Czuję się zupełnie jak przed laty, kiedy to spóźnienie mojego taty wymogło na mnie przygotowanie kaszki dla babci. Babcia była chora, apetytu nie miała, a kaszka jej nie zachwycała. Pomimo tego dwa razy biegałam do sklepu, bo cholernej kaszki mi zabrakło, a kiedy wreszcie ojciec stanął w drzwiach, miałam do dyspozycji ostatni garnek i całą furę kaszki na wodzie!
Jedyna rzecz, którą potrafię zrobić sama, to przyprawianie, ale tylko wtedy, gdy obok stoi "próbowacz". Takiego pod reką nie mam, bo Carmel w tym zakresie się nie sprawdza.
Urobiona jestem jak górnik na przodku, ubabrana po uszy i zaczynam rozumieć ciężką pracę gospodyń domowych. Ale dzięki temu jedno wiem na pewno: za żadne skarby wszechświata bym się z nimi nie zamieniła!


Symptomów ciąg dalszy. 2011-09-23

Czy ja wyglądam jak Poradnia Małżeńska i Kryzysowa? Otóż nie! Nie wyglądam. Dlatego informowanie mnie, przez klienta o godz. 23.30 o tym, że "ma w domu zadymę" uważam za zwyczajnie głupie. Ja doskonale wiem, że jest to część mojej pracy. Niektórzy lubią mówić, dla innych jest to swoista terapia. I wcale mi to nie przeszkadza. Ale do kroćset, każda przesada jest szkodliwa! Bo co miałabym zrobić z taką informacją? Pojechać i wystąpić w roli negocjatora? Już to widzę! Dopiero by było.
Skoro więc nic zrobić nie mogę, to informowanie mnie o tym, w godzinach poza pracą, uważam za obłąkańcze czy raczej zwyczajnie głupie.
Stąd wniosek, że wirus jednak istnieje i ma się całkiem dobrze. Niestety.


Cisza. 2011-09-21

Wczoraj bardzo późnym wieczorem wyszłam z Carmelem do ogrodu. I przez chwilę było tak spokojnie i cicho, jakby nic wokół nie istniało. Nie było nawet wiatru, nawet najlżejszego podmuszku, który by szumiał w liściach bambusa.
To było tak cudownie abstrakcyjne, że przez moment miałam wrażenie, że to cały świat przestał istnieć...
A potem wszystko wróciło do normy.


Pesymizm. 2011-09-15

Wczoraj wieczorem przeprowadziłam dogłębne studium swojego pesymizmu. Otóż, w chwilach kiedy wszystko jest cudowne, "idzie jak po maśle", ogólna harmonia lub wręcz ekstaza grasuje w powietrzu, to ja w żaden sposób nie potrafię się tym cieszyć. Nie żebym tego nie zauważała, tylko zwyczajnie, w takich sytuacjach, jestem tak zmęczona, że marzę tylko o jakimś podnośniku, który cicho i bezproblemowo przeniesie mnie do łóżka.
Kiedy natomiast koło fortuny się obraca i przestaje być tak sielsko - anielsko, to ja zawsze znajdę dostatecznie dużo czasu i wygeneruję odpowiednią ilość energii, żeby się martwić, przeżywać jak świnia wykopki, roztaczać przed samą sobą wizje godne Kasandry, jednym słowem skutecznie sobie dokopać. A przecież wcale tak nie lubię. Wręcz przeciwnie.
Jedyna słuszna myśl jaka przychodzi mi do głowy to taka, że jednak łatwiej mi i wygodniej być pesymistką, niż postarać się wykrzesać z siebie odrobinę różowego kolorku.
Muszę poważnie nad sobą popracować!


Plastikowy świat. 2011-09-11

Podobno znowu jestem nieznośna. Może i jestem, ale jakoś ostatnio nie lubię tego świata. Do bani jest.
Jednym z mało piętnowanych, a bardzo dokuczliwych, przewinień poprzedniego ustroju było stworzenie chłoporobotnika, dwugłowego potwora. Bo ani to rolnik, ani robotnik. Za to bardzo prężnie rozwinął swoją pseudokulturę i pseudosztukę.
Ostatnio musiałam udać się na pogrzeb. I aż mi ciarki po kręgosłupie latały na widok "cudnie" ustrojonych nagrobków. Odwracam głowę w prawo - plastik, w lewo - plastik, wszędzie plastik wali po oczach. Im więcej i bardziej pstrokato tym "piękniej".
Ale to wcale nie znaczy, że właściciele kwiaciarni plajtują. Nie. Oni idą "za modą". I tu już zaczynam się gubić, bo niby to żywe, ale czy aby na pewno? Kolorki nie gorsze od tych sztucznych mają już niewiele wspólnego z prawdą i pięknem natury. I po cholerę, pytam, takie eksperymenty, jak z koziego ogona waltornia?
W ciągu ostatniego miesiąca musiałam odcierpieć dwa wesela po sąsiedzku. Teraz z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w obu przypadkach, rytuał został zachowany. Smętnie dyndające na ogrodzeniach baloniki no i ta "bajecznie piękna" muzyka. Zupełnie, jak produkt do czyszczenia protez, dwa w jednym. "Rozkosz" dla oczu i uszu.
I być może to nadmiar plastiku sprawił, że czuję się nim przeładowana i coraz trudniej znoszę małorolnych ( małorolny to stan umysłu, a nie stan posiadania gruntów ornych), dzieci chowane, a nie wychowywane i cały ten buraczany świat wokół mnie.
Chyba pora coś zmienić!


Dlaczego musiałam zostać kibicem. 2011-09-06

Miałam może cztery lata. Generalnie byłam dzieckiem, które musiało sobie samo organizować czas i wykazywać się kreatywnością, bo marudzenie w stylu: "nudzę się" było konsekwentnie i ogniście tępione. No, więc organizowałam. Ktoregoś dnia, akurat podczas jakiegoś ważnego meczu, zostałam pod opieką dziadzia. Nie da się ukryć, obecny był, ale tylko ciałem, bo duchem był na boisku. Jedym słowem wgapiał się w telewizor i świata poza nim nie dostrzegał.
Moje poczynania w tym dniu giną w mrokach przeszłości. Pamiętam jedynie efekt końcowy. Chciałam po coś sięgnąć, przez oparcie fotela. Niestety byłam za krótka, ale wrodzony upór nie pozwalał mi odpuścić. Zaczęłam się coraz bardziej zsuwać w szparę pomiędzy ścianą a fotelem. I tak utknęłam. Sama nie miałam szansy się wydostać, za mało miejsca, a fotel był za ciężki. Więc tak sobie dyndałam, w połowie drogi do podłogi, z nogami w górze, jak nietoperzyk. Na początku mi to nie przeszkadzało, ale po jakimś czasie przestało mi się podobać. Otworzyłam więc gębę i zaczęłam wrzeszczeć. Mogłam się drżeć do woli, bo dziadziu mnie nie słyszał. Dopiero powrót babci odmienił moją mało komfortową sytuację. Za to oberwało się nam obojgu: mnie za głupie pomysły, a dziadziowi za nieuwagę.

Tak więc dla własnej wygody musiałam zostać kibicem piłki nożnej!


Pierwszy kurs metra. 2011-09-05

Jest taki moment, kiedy każde miasto zapada w krótką drzemkę. Chwila wytchnienia, na granicy nocy i dnia. Cicho i powoli noc przeobraża się w szarość poranka. Ten moment jest niezwykły. Szare ulice, szare samochody, sen snów, senne marzenie, ciche, puste ulice. Kopnięta przez kogoś nieuważnego butelka toczy się leniwie po bruku.
Zejście do metra. Znajomy zapach, podmuch podziemnego świata. Tak cicho i spokojnie bywa tu tylko w tej jednej, magicznej chwili. Minimalizm surrealistyczny, jak żywcem wyjęty z obrazów Giorgio de Chirico. To czas, kiedy na stacji metra goszczą nostalgia z melancholią. W tej jednej chwili są to miejsca niezwykłe i tajemnicze. Ten spokój i klimat jednocześnie przyciągają i odpychają. Sztucze światła, sztuczny świat, jak futurystyczne katakumby. Czy czas się zatrzymał? Nie ma wczoraj, nie istnieje dziś, jest tylko ta chwila. Powoli, z tej ciszy wyłania się rytm: pierwszy pociąg metra odjeżdża w noc. A może już w dzień?


Park. 2011-09-04

Właśnie tak Cię pamiętam. Idziesz przez park, skąpany w późnoletnim, słonecznym blasku, a Twoje czarne, kręcone, błyszczące włosy otacza złota aura migoczących pośród liści promieni. Taki radosny, szczęśliwy i uśmiechnięty - cały Ty.
Jestem w tym samym miejscu kilka lat później, tysiąc, milion lat później...
Jak to bardzo boli.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]