etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
*** 2012-01-29

Miało być o śmierci i umieraniu, ale ten temat musi jeszcze chwilę poczekać, bowiem za oknem "mróz pigwina ścina, bo nadeszła zima". Dlatego znowu będzie o ptakach, lub raczej o ich dokarmianiu. Wiem, że niektórym się to nie podoba, jednak to ich problem. Nie jest to tani biznes, ale w końcu ptak to też człowiek, a ma znacznie gorzej niż my, dlatego należy pomóc przetrwać im zimę. Najbardziej lubię gawrony i kawki - za ich inteligencję. Normą jest kawka, która znalazłwszy orzecha siada na dachu, otwiera dzioba i upuszcza orzech na chodnik. Potrafi to robić tak długo, aż ten się rozłupie, a tej cwaniarze pozostaje tylko łatwa konsumpcja.


A kiedy na dworze robi się naprawdę zimno zaczynam je dokarmiać. Doskonale wiedzą,o której, mniej więcej, mogą liczyć na posiłek. Wcześniej ich nie widać, ale przed 10tą pojawia się dwójka strażników. Siadają na okolicznych drzewach i grzecznie czekają. Kiedy tylko pojawiam się z wielką misą pełną żarełka rozdzierają dzioby, zwołując resztę stada. Czasami podglądam je przez okno. Równo dzielą posiłek pomiędzy siebie i zawsze zostawiają trochę dla innych ptaszków, typu sroki czy wróble. I przenigdy, choćby były nie wiem jak głodne nie złamały tej nie pisanej zasady.


I jak ich można nie podziwiać? Do takiej solidarności człowiek nigdy nie dorośnie.


*** 2012-01-23

Mam mieszane uczucia: bo z jednej strony jestem za ochroną własności intelektualnej, a z drugiej ACTA aktywuje mój niepokój. Kradzież, w jakiejkowiek postaci, budzi mój wyraźny i głęboki sprzeciw, ale sposób w jaki tworzono ACTA, zakładam, w dobrej wierze i że o wyżej wspomnianą ochronę rzeczywiście chodziło, jest co najmniej dziwaczny, bo przecież czegoś co jest jasne i klarowne, a jeszcze dodatkowo ma służyć słusznym celom, nie trzeba się wstydzić. A tu tymczasem jakieś dziwne posunięcia i ścisła tajemnica, zupełnie jak przy szemranym interesie. Nie podoba mi się to. I jeszcze dodatkowo mam przeczucie, tak mi pod skórą pełza, że ogólnie to gdzie indziej jest pies pogrzebany, a to jest zwykła zasłona dymna - i jeszcze mniej mi się to podoba.


Dziwny sen. 2012-01-17

Dzisiaj miałam dziwny sen. Śnił mi się indyk. Niestety, choć nie jadam mięsa, nie był to indyk w charakterze potrawy w moim żołądku. Był we mnie, ale całkiem żywy i wyglądał jak paw. Nawet ładny był w tych zielono - błękitnych, fosforyzujących piórkach. I był na mnie wściekły tak bardzo, że kiedy na mnie spojrzał tymi czarnymi ślepkami, to ze strachu się obudziłam. Brrr.


*** 2012-01-16

A jednak będzie przekornie, bo o muzyce właśnie. Niby nas otacza, ale to tylko wrażenie. Najczęściej jest tłem, którego nawet nie zauważamy. Czasami nas atakuje i wtedy już nie jest tak miło. I najczęściej, podobnie jak zemsta, najlepiej smakuje na zimno, kiedy to my wybieramy czas i miejsce oraz to, czego, w danej chwili, chcemy posłuchać - bo tylko wtedy możemy ją naprawdę usłyszeć.


*** 2012-01-16

"To be without a dog is worse than being without a song."


Henry Beetle Hough.


*** 2012-01-15

Po raz kolejny musiałam się przeorganizować, "przemeblować" swój rozkład zajęć, przeanalizować co jest istotne, a co musi poczekać. Zajęło mi to cały tydzień. Najtrudniejsze w tym było okiełznanie czasu. I tak naprawdę najbardziej to mnie przerażało: że nie potrafię "złapać trzech srok za ogon" i żadne plany dnia nic tutaj nie pomagały. Pierwszy raz w życiu bałam się dzwoniącego telefonu, ogarniała mnie panika, że jeszcze ktoś czegoś ode mnie chce. Gryzłam i warczałam. Do obłędu doprowadzały mnie korki, w których traciłam całą masę czasu, co kilka minut zerkałam na zegarek, gryzłam palce z wściekłości i ani przez moment nie zaświtało mi, żeby coś "odpuścić", z czegoś zrezygnować. A w głowie cały czas miałam tykający zegarek.


Karaluchy i męczydupy. 2012-01-12

No i tak się porobiło, że moja matka z wylewem wylądowała w szpitalu. Szczęście w nieszczęściu - byłam przy tym i dzięki temu trwałych uszkodzeń być może nie będzie. Normalnie i najprawdopodobniej pojechałabym po biurokracji związanej ze służbą zdrowia, ale nie dzisiaj. Muszę to napisać, bo inaczej udławię się tematem. Z tym, że po kolei. Matkę zabrało pogotowie, a ja musiałm tam dojechać. Dojechałam. Bezboleśnie przebrnęłam przez izbę przyjęć. Dostałam papierki i polecenie udania się na oddział do punktu pielęgniarskiego. Ja już nie mówię, że czułam się jak juczny osioł, z torbą rzeczy podstawowych plus ciuchami, którymi zostałam obdarzona w izbie przyjęć. Uchetana jak stara kobyła wreszcie znalazłam się na górze. Bez specjalnych problemów odszukałam punkt pielęgniarski. Przed ladą stoi jakiś facet, zapewne też rodzina pacjenta. Jest coś takiego w szpitalach, że człowiek reaguje inaczej niż zazwyczaj. Bo w normalnym świecie, przynajmniej ja tak mam, że zanim wykażę się współczuciem i empatią do osoby kompletnie obcej to trochę ją sobie poobserwuję. A w szpitalu niestety nie. Pielęgniarki żadnej nie było, więc pytam faceta, czy nie wie, gdzie są? Facet całkiem dobrze ubrany, nie wygląda, na takiego, który od 15-go kazdego miesiąca głoduje, wręcz przeciwnie.  Dość droga kurtka, nowe buty, koszula, krawat, marynarka. Odwraca się w moją stronę i głosem cierpiętnika odpowiada, że o pielęgniarkach nic nie wie. I znowu to samo. W świecie poza murami szpitala, lampka alarmowa w mojej głowie by zadziałała. A tak narwałam się jak oślica. Owszem byłam zdenerwowana, zmęczona i przestraszona  tym co dalej. No więc włączyłam empatię: \"biedny człowiek\", może ten ktoś z jego rodziny jest naprawdę w  stanie krytycznym i on nie radzi sobie z sytuacją. Po chwili pojawiła się pielęgniarka


- Wie pan, nigdzie nie mogę znaleźć, sprawdzę jeszcze tam - i pobiegła.


Informacji nie zrozumiałam. Pacjent po wylewie im uciekł? Super! Ale ja jednak potrzebuję pielęgniarki. Zobaczyłam jedną. Niestety zajętą mierzeniem ciśnienia. Czekam dalej. Z drugiej strony korytarza pojawiła się kolejna. Podchodzi do faceta, trzymając w ręce, jak słowo daję, parę łapci. Paskudnych, byle jakich pantofli, do nabycia w każdym kiosku za 5 zł.


- To te? - pyta faceta.


- No właśnie takie, ale tamte miały taki guziczek.


W pierwszym momencie kompletnie nie zrozumiałam sytuacji. W końcu do mnie dotarło. Dwie pielęgniarki z obłędem w oczach przeszukują oddział pod kątem gównianych łapci!!! Takiego ataku wkurwu (bo inaczej tego nazwać nie potrafię) dostałam w życiu dwa razy! Ten raz był trzeci! Ciemno mi się przed oczami zrobiło i eksplodowałam! Pielęgniarki zostawiłam w spokoju, ale faceta prawie na kopach wyprowadziłam!!! Z dwóch powodów: po pierwsze męczydupa to najgorszy typ czlowieka! Po drugie zależało mu na kapciach, mógł sam dupę ruszyć i szukać, a nie nabierać na swoją bezradność dwie pielęgniarki, bo one nie od tego są! A po trzecie, jak się chwilę potem okazało, ten cholerny popapraniec pacjenta odebrał, w dobrym zdrowiu, ale zapomniał o pantoflach i przyszedł z REKLAMACJĄ!


Dochodzę do wniosku, że po potencjalnym wybuchu bomby atomowej, albo innej, na tej planecie poza karaluchami pozostaną tylko męczydupy. Ale perspektywa - nie ma co!.


Facet idealny. 2012-01-08

Trzy dni temu, bez zapowiedzi, wpadła do mnie przyjaciółka.


- Wiesz, chyba wreszcie znalazłam faceta idealnego - rzuciła od progu.


- Oooo, to ciekawe - uśmiechnęłam się grzecznie, postanawiając sobie za nic na świecie nie "gdybać".


- Nie chcesz wiedzieć dlaczego jest idealny?! No już, zapytaj mnie dlaczego on jest idealny!


- Więc, dlaczego on jest idealny?


- Bo wie kiedy mi kupić czekoladę!


O cholera! Nie tego się spodziewałam. Możliwe, że jest to urocze, ale dla mnie zdecydowanie zbyt ckliwe. Jednak po tym spotkaniu, zaczęłam się zastanawiać, jak ja bym ujęła ten rodzaj  "idealności"?


Dla mnie idealny facet to taki, który wie, kiedy się zamknąć.


Zapachy cz.5 ostatnia. 2012-01-08

O zapachach można w nieskończoność, wędrując przez kontynenty, kraje, miejsca, bądź przez pory dnia i nocy, pory roku. Inaczej pachnie Afryka, inaczej Oceania.


Są też zapachy zupełnie inne. Jak obrazy impresjonistów, chwila uchwycona w locie, zatopiona w alkoholu i jak Dżin z baśni, zamknięta w maleńkiej buteleczce. Perfumy. Moje ukochane, których już nigdy nie użyję i wszystkie inne, do których sama siebie usiłuję przekonać, choć wiem, że nie są miłością mojego życia, raczej chwilowym kaprysem, zauroczeniem, zafascynowaniem.


Jakże różni się od siebie zapach torfowiska od aromatu łanu lawendy. Jest zapach kawy o poranku, zapach świeżo pieczonego ciasta, kwiatów jaśminu, zbieranych o zmierzchu i ustawianych przy łóżku, w maleńkich miseczkach, by pachniały do świtu.


Wszystkie te zapachy są we mnie. Niektóre z nich są moim dziedzictwem, fragmentem dzieciństwa, a resztę odkrywam sama. Ale wszystkie one są integralną częścią mnie. Gdyby ich nie było, o ile byłabym biedniejsza? O całe skarby!


Ustawa o ochronie danych osobowych. 2012-01-05

Jestem sobie w samym centrum miasta na zatłoczonej ulicy. Dzwoni telefon, odbieram. Ktoś z biura obsługi klienta sieci komórkowej. Ponieważ rachunki mam płacone na bieżąco, za to kończy mi się umowa, więc mogę podejrzewać o co chodzi.


- Dzień dobry, nazywam się....czy rozmawiam z panią A...


- Tak. Słucham. Dzień dobry.


- W celu potwierdzenia pani danych osobowych poproszę o podanie daty urodzenia, adresu... - i chyba czegoś jeszcze, ale nie zapamiętalam.


-  Ale to pan do mnie dzwoni, nie odwrotnie, a przed chwileczką pytał mnie pan czy rozmawia ze mną. Potwierdziłam.


- No tak, ale zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych....


Przestałam słuchać, bo mną zatrzęsło i zgodnie z moim prawem, które daje mi ta ustawa odmówiłam. Za to zaproponowałam panu, żeby przeszedł do dalszej części rozmowy. Tym razem on się nie zgodził, głupio się upierając, ze być może ja to nie ja i podszywam się sama pod siebie. Na moje delikatne pytanie, po jaką cholerę miałabym to robić, nie odpowiedział. To było kilka tygodni temu. Od tego czasu, telefony z firmy, w której mam komórkę, powtarzają się średnio kilka razy w tygodniu. I za każdym razem rozmowa wygląda podobnie, ponieważ się uparłam jak muł w kapuście. Zresztą nie mam zdania, czy muł w kapuście się upiera? Za to mam bardzo dokładnie sprecyzowane zdanie co do SPOSOBU wykorzystywania, tej całkiem potrzebnej ustawy. I teraz, oczywiście je wyrażę. OTÓŻ ZDECYDOWANIE ODMAWIAM TRAKTOWANIA MNIE JAK POTENCJALNEGO OSZUSTA! Bo kiedy np. płacę im rachunek za wyżej wspomniany telefon, to pies z kulawą nogą nie pyta mnie czy ja to ja i nie każe mi tego faktu udowadniać. Natomiast, kiedy to firma ma dla mnie "super ofertę" to co?? Stracą miliony przekazując to niewłaściwej osobie??


W bardzo głębokim i niedostępnym miejscu mam takie państwo, które traktuje swoich obywateli jak potencjalnych kryminalistów!!


I jestem zła!!


Moja wyspa. 2012-01-04

Każdy z nas ma swój własny senny koszmar. Dla jednych jest to ucieczka przed kimś lub przed czymś, dla innych wystąpienie publiczne, nago najczęściej. Normalka. Ja za to mam swoją wyspę. Maleńką niczym planeta Małego Księcia. Rośnie na niej trawa, czasami płynie rzeka, a cała jest otoczona oceanem. Spienione fale chwilami rozbijają się o jej brzegi, a czasem, tak jak dzisiejszej nocy, zalewają ją w całości. Góry wody kotłują się na niej, zderzają się pośrodku, tworząc istne fontanny. Stoję sobie, podziwiając nierzeczywiste kolory światła, taniec oceanu, fantastyczne kształty chmur. I nic. Jestem sucha. Jak piasek na pustyni. Fale mnie nie dosięgają. Popływać też w niej nie mogę. Jest na wyciągnięcie ręki, a jednak poza moim zasięgiem. Koszmar i tyle.


*** 2012-01-02

Oj, oberwało się dzisiaj klientowi. W zasadzie za niewinność. Najgorsze jest to, że nawet nie mam specjalnych wyrzutów sumienia. Jestem kosmicznie zmęczona i nie dlatego, że tak lubię, tylko dlatego, że ciągle coś MUSZĘ! Więc dobre rady w stylu, "odpocznij", na dobrą sprawę, można pod tramwaj podłożyć.


Bo tak już jest, Drogi Panie, na tym świecie, że nic się samo zrobić nie chce. Nawet głupie pranie samo nie wejdzie i nie wyjdzie z pralki. Normalnie byłabym na siebie zła, za to, że dałam się sprowokować, ale nie dzisiaj - jakaś furia we mnie szaleje. Co ją przydepczę w jednym miejscu, to już po chwili wyłazi w innym i szczerzy się do mnie piekielna szczeżuja i tak bez końca. Więc jednak najbardziej jestem zmęczona sobą. A na to nie ma lekarstwa.


Czas. 2012-01-01

Czas leczy rany - bzdura.


Czas to pieniądz - i tak, i nie.


Czas na wielkie sprzątanie - 3 x tak, oczywiście w cudzysłowie.


Czas nas uczy pogody - być może, ale bardzo trudno zauważyć to w Polsce.


Chwilo trwaj! - chwilami.


I na koniec:


"Czas to nie droga szybkiego ruchu pomiędzy kołyską, a grobem, czas - to miejsce na zaparkowanie pod słońcem."


Phil Bosmans.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]