etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Szabas. 2015-06-29

"(...) Spośród wszystkich Dziesięciorga Przykazań tylko jedno, ostatnie, wygłoszone jest dwukrotnie: "Nie będziesz pożądał... Nie będziesz pożądał...". Najwyraźniej powtórzenie to ma na celu podkreślenie jego nadzwyczajnej ważności. Człowiekowi powiedziano, by nie pożądał "domu bliźniego swego", "żony bliźniego swego, ani jego sługi, ani jego służebnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego."


Wiemy, że namiętności nie można pokonać dekretem. Dziesiąte przykazanie byłoby zatem daremne, gdyby nie było "przykazania" dotyczącego Szabasu, które obejmuje prawie jedną trzecią całego tekstu Dekalogu i jest jakby kwintesencją wszystkich innych przykazań. Musimy starać się znaleźć związek między tymi dwoma "przykazaniami". Nie pożądaj niczego, co należy do bliźniego twego; Ja jednak dałem ci coś, co należy do Mnie. Cóż to jest? Dzień [Szabas] (...)."


Abraham Joshua Heschel "Szabat."


Skoro więc Ten Dzień dostałam w darze od Boga, to dlaczego muszę o ten Dzień walczyć jak o niepodległość?


Odpowiedź na to pytanie już znalazłam, dzięki Stanisławowi Krajewskiemu, i podzielę się z Wami tą wiedzą w następnej notce.


Sprostowanie i nie tylko. 2015-06-27

Okazuje się, że mnie też zdarzają się błędy. Oczywiście miało być: duet Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. A wyszło jak widać w poprzedniej notce. Najmocniej przepraszam.


Przeczytałam też wyjaśnienie Magdy Umer i skoro tak było, jak napisała, a nie istnieje powód by w to nie wierzyć, to jasne staje się jej rozproszenie i rozkojarzenie. W takiej sytuacji należy podziwiać hart ducha i determinację. 


I jeszcze kilka słów do "Natalii". Dzięki za słowa i nie potrafię Ci odpowiedzieć w jaki sposób skontaktować się z administratorem strony. Zapewne najprościej napisać na adres: kontakt@e-blogi.pl, jak również nie wiem czy jest to pani, czy pan.


Miłych snów moi Drodzy.


Zazdrość. 2015-06-14

Obejrzałam widowisko opolskie w reżyserii Magdy Umer. Prawie 100-lecie urodzin Jeremiego Przybory.


Jeremi Przybora i Grzegorz Wasowski - absolut!


Cudowne teksty i równie trudna wokalnie, mistrzowska muzyka.


I wszystko byłoby pięknie, bo okazuje się, że średnie i młode pokolenie artystów zdolne jest bardzo, ale łyżka dziegciu do beczki miodu chyba być musi. I moim, bardzo subiektywnym zdaniem, tą łyżką była Magda Umer. Ta konferansjerka, w której sama się lekko gubiła, rwała całość na strzępy. Niepotrzebnie. I pewnie dlatego mam taki niedosyt, albo może przesyt.


Zwykle niczego ludziom nie zazdroszczę. Ani pieniędzy, ani luksusu, ani dobrej passy. Mają - zapracowali, wygrali, odziedziczyli - super, niech im się wiedzie. Ale talentu takiego, jak miał pan Jeremi, zazdroszczę. 


I "smutno mi Boże."


Sami posłuchajcie i popatrzcie na te cudowności, bo w pasku bocznym czeka już na Was Grzesiu Turnau i "Pejzaż bez Ciebie."


"Nie zabijaj tej miłości." 2015-06-14

Podobno we wczesnym dzieciństwie, jak tylko otwierałam gębę, żeby coś powiedzieć, to wychodziły ze mnie wiersze. Inaczej nie umiałam - koniec, kropka. Domyślam się, jaka to była udręka dla mojej Babci, która spędzała ze mną najwięcej czasu. Potem, na szczęście, ten głupi stan minął mi bezpowrotnie.


A teraz zapraszam Was do paska bocznego i do posłuchania piosenki Jonasza Kofty w wykonaniu Hanny Banaszak "Nie zabijaj tej miłości."


Pierwszy raz usłyszałam ją w dzieciństwie i mną tąpnęła. Wtedy zrozumiałam, że KOCHAM SŁOWA.


Dzień relaksu. 2015-06-11

Jest początek czerwca, i jak od kilku lat, nie jest to mój ulubiony fragment roku - przeciwnie - teraz właśnie dopadają mnie fobie i strachy z poprzedniego życia. Jeszcze wczoraj późnym popołudniem wszystko było dobrze. Posadziłam Jakarandę, która właśnie do mnie dotarła i cieszyłam się jak małe dziecko. Ale potem, zgodnie z naturalnym ruchem Matki Ziemi, nastał wieczór. I już nie było tak kolorowo. A noc była całkiem do bani, z powracającymi koszmarami sennymi. Musiałam się "świetnie" prezentować o poranku, skoro Słonek stwierdził, że dzisiejszy dzień mam sobie odpuścić i odpocząć. Po czym pojechał do pracy. 


No więc zaczęłam odpoczywać. Na początek postawiłam dwa prania, pobiegłam do sklepu, bo CriKotka strasznie ostatnio wybrzydza z jedzeniem, podlałam domowe kwiaty, spryskałam Jakarandę, przygotowałam doniczki, po godzinie ( zgodnie z przepisem ) posadziłam Oczar Miękkowłosy, przy śniadaniu na szybko przeczytałam kilka stron książki, powiesiłam pranie, nakarmiłam Miśka, który głodny jak stado wilków wrócił ze szkoły, zrobiłam sos do obiadu, pobiegłam zobaczyć miejsce na szklarnię, co kilka chwil walczę z hordą, która próbuje wedrzeć się do domu, odebrałam pocztę i równocześnie próbowałam czytać list od mojej ukochanej cioci, która bazgrze jak kura pazurem, i najnowszy numer "Urody życia". Cud, że zeza rozbieżnego nie dostałam! A i jeszcze zrobiłam listę zakupów.


To teraz ja Wam powiem tak:


NIE BARDZO WIDZĘ RÓŻNICĘ POMIĘDZY CODZIENNYMI DOMOWYMI ZAJĘCIAMI A RELAKSEM.


Przynajmniej w moim przypadku.


Zielonym do dołu. 2015-06-08

Mam teraz kolejne hobby. Kwiatownictwo. Właśnie tak, bo skoro jest ogrodnictwo i sadownictwo, to musi też być kwiatownictwo.


A wszystko zaczęło się od marzenia. Od wielu lat szarpała moimi trzewiami rabatka, ale nie taka zwyczajna, a może właśnie najzwyczajniejsza na świecie, bo wypełniona kwiatami, które przez całe lata królowały na polskiej wsi. Nasturcje, cynie, goździki, słoneczniki, lwie paszcze, astry. No i marudziłam długo, że ja też bym chciała. Co prawda moje "chcenie" ograniczało się do wrażeń wzrokowych, bo niekoniecznie sama rwałam się do dłubania w ziemi. Ale chcieć sobie mogłam do końca świata.


Dlatego postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce, nie mając żadnego o tym pojęcia. Już w lutym kupiłam nasiona. Poczytałam, co producenci napisali na opakowaniach i czekałam na właściwy moment. Doczekałam się. Wysiałam. Zimno było jak w chłodni, dlatego nasionka postawiłam w domu. I sobie rosły w ciszy i spokoju. Kiedy już pogoda była właściwa, wyniosłam je na zewnątrz, czekając aż podrosną i będę je mogła przesadzić na rabatkę. Podlewałam, przenosiłam w najbardziej nasłonecznione miejsca, a na noc chowałam do piwnicy czy garażu. I roślinki sobie rosły, choć ciągle były mizerne i poważnie się zastanawiałam, jakim cudem miałabym je posadzić? Pincetą chyba!


Na nieszczęście w sprawę wmieszał się Carmel, mówiąc dosadnie wziął sprawy we własne łapy.


Pewnego dnia poszłam przestawić swoje roślinki i widzę, że wszystkie one, co do jednej, wydarte z doniczek przez Carmela, który stoi obok zadowolony z siebie jak rzadko i radośnie macha ogonem. Nawet jednej doniczki nie oszczędził. O mało na zawał nie padłam.


Potem zaczęłam myśleć: rabatka jest gotowa, ogrodzona przed zwierzęcą hordą, roślinki były, roślinek nie ma - kozia dupa! Właściwie to mogłam spokojnie kupić sadzonki i nie męczyć się tak, ale ja przecież jestem  muł uparty. I podjęłam decyzję: pozbierałam ziemię z roślinkami, niektóre udało mi się poutykać w ziemię, czasem nawet zielonym do dołu, resztę rozsypałam bez żadnej nadziei na sukces. Zwyczajnie - kolejny rok stracony i nic z tego nie będzie.


A otóż nie!


Rabatka ruszyła w tempie światła i teraz jest może jeszcze nieszczególnie wybujała, ale robi co może i rośnie jak na drożdżach. 


Po tym sukcesie nie osiadłam na laurach, wręcz przeciwnie, ciągle mi mało. Dokupiłam różanecznik, Słonek zawiesił doniczki na płocie i teraz busz tam jest kwiatowy, we wszystkich kolorach. Wysępiłam jeszcze kawałek ziemi pod płotem i zamierzam tam kwiatować byliny.


Lawenda już kwitnie i uzależnia mnie coraz intensywniej, a jeszcze zamówiłam nasiona jakarandy i będę je kwiatować w donicach.


Powoli dochodzę do wniosku, że kiedy się bardzo chce, to wszystko ( prawie ) można, nawet jeśli posadzi się zielonym do dołu!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]