etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Ratunku! I znowu granica! 2016-07-31

O Serbii jeszcze będzie, ale w drodze powrotnej. 


Kolejny etap i kolejna granica: serbsko - bułgarska. To już nie był obłęd. To nawet nie był tajfun. To był Armagedon do potęgi.


Żar leje się z nieba, Malwina czarna - do momentu, w którym jechaliśmy klimatyzacja jeszcze załatwiała sprawę. A dojazd do granicy to "cud" współczesnej myśli architektonicznej! Jedna nitka, w całości zabarykadowana przez TIRy długa na kilka kilometrów.


Wszystkie osobówki jadą jakąś boczną drogą, my za nimi. A boczna droga to sama poezja. Dziur więcej, niż w szwajcarskim serze, wąska, wijąca się przez jakieś miasteczko. W końcu, choć trwało to całe wieki, dojechaliśmy do granicy. I tutaj nas poraziło. I słońce, i upał, i kolejne dzikie tłumy Arabów, i wrzaski, kłótnie, przepychanki - wszystko skumulowane na 30 metrach kwadratowych. Ja nie wiem, jak to działa, ale w upalne dni, taka ludzka ruchliwość, sprawia, że upał wydaje się większy. 


Rozgrzane do czerwoności samochody, ktoś kogoś stuknął, urażony zawodnik sumo wylewa się z samochodu, jeszcze moment i będzie mordobicie jak się patrzy. Jednak nie było, widocznie zawodnik, w trosce o zachowanie odpowiedniej wagi nie chciał się pocić bardziej niż to konieczne. 


Żeby choć jakieś drzewka, kawałeczek daszku! Nic. Pustynia. tkwiliśmy w tym obłędzie jakieś dwie godziny, choć nam wydawało się, że tysiąc lat. W końcu udało się pokonać zapory i ruszyliśmy w dalszą drogę.


I na koniec tej notki taka mała refleksja:


WSZYSTKIM POLITYKOM, KTÓRYM MARZY SIĘ LIKWIDACJA STREFY SCHENGEN, ŻYCZĘ ZDERZENIA Z TĄ WŁAŚNIE GRANICĄ W LIPCOWY, SŁONECZNY DZIEŃ. I ALBO SIĘ USMAŻĄ NA SKWAREK, ALBO TAKIE DURNE POMYSŁY WYPARUJĄ IM Z DURNYCH ŁBÓW!


Pierwszy nocleg na obcej ziemi. 2016-07-27

„Uciechy” na granicy zajęły nam na tyle dużo czasu, że na przedmieściach Belgradu podjęliśmy decyzję o znalezieniu noclegu.


 Wstępując na stację benzynową, bo „Malwina” dopominała się paliwa, zasięgnęliśmy języka, w sprawie miejsc noclegowych. Obsługa stacji, nawet chętna do współpracy, wskazała nam dwa miejsca, w najbliższej okolicy. Pojechaliśmy.


Pierwsze znalazło się już po kilkunastu metrach. Wjechaliśmy na parking. Pomimo półmroku, miejsce nas nie zachwyciło, ale co z tego, skoro zupełnie znikąd, pojawił się tubylczy pracownik, a może szef interesu i z upierdliwą namolnością zaczął nas namawiać na obejrzenie pokoju.  Dla świętego spokoju poszliśmy obejrzeć. W drodze przejął nad nami pieczę kelner, chyba, bo była tam też restauracja i kawałek mordowni. Kelner „znał” angielski.


 Obejrzeliśmy pokój, nawet w dobrym stanie, widać, że niedawno oddany do użytku. Zapytaliśmy o cenę, po angielsku, bo skoro obsługa jest lingwistycznie przygotowana… . Była – chyba. Usłyszeliśmy seventeen Euros /night.  Cena całkiem do przyjęcia. Zgodziliśmy się i ruszyliśmy po bagaże. Nasz kelner – opiekun odeskortował nas z powrotem na górę, chyba po to żebyśmy nie uciekli, i zaczął przed nami roztaczać wizję „big breakfast”. Zapytany o to big, jakoś się zaciął i wyszło z tego tyle, co juice and coffee.  Po czym uparł się zrobić nam rozpiskę poszczególnych elementów cennika.


Byliśmy już zmęczeni i głównie chcieliśmy się go pozbyć, ale jednak opatrzność czuwa nad szaleńcami. Z dużą rezygnacją patrzyłam na jego gryzmoły, aż doszedł do sumy końcowej i ta mną tąpnęła: 70 Euros. No pomiędzy 17 a 70 jest jednak duża różnica! Pokój na 17 zasługiwał, ale 70 to rojenie o dojnej krowie.


Zaprotestowaliśmy ogniście. Widać już było, że kelner angielski zna jakoś tak bardzo po wierzchu. Zaczęłam mu w najprostszych słowach tłumaczyć, że skoro mówił o 17 to na 70 się nie godzimy. W końcu postanowiliśmy opuścić ten obłęd, w którym ceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, bo mogłoby się okazać, że rano cena wynosi np. 870 Euros. Bo niby dlaczego nie?


Kelner się przestraszył i pobiegł po kogoś kto zna angielski.


 O moja matko!


Długo to trwało, w końcu pojawiła się dziewczyna z informacją, że szef zgodził się na 35 Euros. I tu Słonek już się zdenerwował, bo do cholery, albo jest jakiś ogólny cennik, albo „co łaska” i co to ma być? Licytacja?


Tym razem to spanikowana laska pobiegła do szefa. Wróciła znacznie szybciej niż poprzednio. Stanęło na  25 Euros, ale już bez „big breakfast”.


 No i dobrze.


Jeszcze późnym wieczorem nakarmiliśmy ich dwa psy.


TO JEST NIELUDZKIE, NIEHUMANITARNE, NIE DO POJĘCIA, ŻEBY PRZY DZIAŁAJĄCEJ KNAJPIE, ICH WŁASNE PSY BYŁY TAK WYCHUDZONE I TAK GŁODNE !


ZA TAKIE TRAKTOWANIE ZWIERZĄT NIE POWINNY DOSTAĆ NAWET TYCH 25 EUROS. ALE DOSTALI I NIECH IM OŚCIĄ W GARDLE STANĄ. ZA KARĘ, ZA TE PSIAKI!


Słówko wyjaśnienia. 2016-07-27

Ja celowo piszę tak kawałkami, bo z jednej strony staram się, chociaż trochę trzymać chronologii wydarzeń, a z drugiej, i ten powód jest ważniejszy, w Bułgarii stało się coś, z czym jeszcze nie potrafię się pogodzić i ciągle mnie to boli. Dlatego rozciągam to w czasie, w nadziei, że w końcu jakoś się z tym pogodzę.


Granica - nasza miłość. 2016-07-26

Ta granica to był wstęp do Armagedonu.


 To nie to, że zapomnieliśmy jak wyglądają granice i kontrole na nich. Ale to, co tam się działo wyglądało jak połączenie wysypiska z sukiem. Wypasione samochody, wszystkie na Unijnych blachach, a w nich stada Arabów. I jak to oni: trąbią, kłócą się, wrzeszczą, łażą byle jak i byle gdzie.


 Kawałek dalej płot, obstawiony policją, a za nim uchodźcy. Z tym, że część z nich też łazi, diabli wiedzą dokąd, bo po co, to wszyscy wiedzą.


 Choć wtedy o tym jeszcze nie wiedzieliśmy, ta kontrola przeszła w miarę szybko, pomimo tego, że nam wydawało się, że czekamy całą wieczność.


No i wreszcie koniec tego obłędu.


A przed nami Serbia. 


Zamienił stryjek słoneczniki na kukurydzę. 2016-07-25

Początek podróży był trochę nudny. Cały obszar UE w kierunku południowo – wschodnim, to niekończące się pola kukurydzy i słoneczników.


 Nie twierdzę, że słoneczniki mnie nie zachwycają, bo to nie byłaby prawda. Są piękne! Tyle tylko, że po stu kilometrach  zaczynają być lekko nużące.


No, ale jednak nie.


Chwilami następowała jakaś zmiana, bo zamiast kukurydzy i słoneczników, pojawiały się słoneczniki a potem kukurydza.


Uwierzcie, że w takiej sytuacji każda, nawet najmniejsza odmiana, jest bezcenna!


 I tak nam było słonecznikowo – kukurydzianie aż do granicy węgiersko – serbskiej. A tam… .


Koniec z brakiem nowych wpisów. 2016-07-24

Właśnie wróciliśmy z długiej podróży. Niczym współcześni Nomadzi, wyruszyliśmy na zwiedzanie Bałkanów. I była to jedna z bardziej pouczających podróży w moim życiu. Dlatego od dzisiaj począwszy, nastąpi cykl programowy:) pod hasłem "Podróże marzeń" i PRECZ Z PRZEWODNIKAMI I INTERNETOWYMI PORADAMI.


I powiem Wam, na początek, że taka ilość emocji, tych dobrych, cudownych i tych bezsensownie okrutnych, jaką przeżyłam podczas tej wyprawy, wystarczyłaby spokojnie na pół roku życia. Dlatego teraz, muszę je jakoś w sobie poukładać i ubrać w słowa, a to łatwe nie będzie, bo te emocje ciągle się we mnie kłębią.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]