etoile99 | e-blogi.pl
Blog etoile99
Przeprowadzka. 2019-08-18

  Przeczucie mnie nie zawiodło. Sama przeprowadzka była koszmarem. Zaczęło się od firmy przeprowadzkowej. Wszystko było umówione, cena ustalona, dzień i godzina określona. I nagle w wieczór przed dniem „P” dzwoni facet z informacją, że samochód mu zdechł. Szyte to było grubymi nićmi, a nas o mało szlag nie trafił. Musieliśmy się przeorganizować, co oczywiście zajęło kilka dni. Jednak, jak zawsze najbardziej bałam się o koty. Nie tylko nowe miejsce napawało mnie obawami, ale też sama podróż przez Polskę.


 I wreszcie stało się. Dzień próby dla kotów nastąpił. O psach nie ma co wspominać, bo tabletki uspokajające od Włodzia zadziałały bez pudła, ale koty to zupełnie inna bajka. CriKota już przy tabletce wściekła się niczym „kot z piekła rodem”; gryzła, drapała i wszelkimi sposobami próbowała wypluć z pyszczka to paskudztwo. Niestety dla niej, byliśmy nieugięci. Zniesmaczyło ją to ostatecznie i dlatego bez zbytnich fanaberii dała się włożyć do transportera.


 PanaKota był bardziej skłonny do współpracy. Tabletkę łyknął bez oporu, transporter go nie zachwycił, a my, niesłusznie uznaliśmy, że najgorsze już za nami. Oj, ale byliśmy naiwni.


 Zapakowaliśmy całe towarzystwo i siebie do samochodu, i w drogę. Zaraz po wyjechaniu z naszej dawnej bramy CriKota rozdarła paszczę. PanaKota dla odmiany rzucał mi się na kolanach i wszelkimi siłami próbował się wydostać. Po chwili dołączył akustycznie do koci. Tak więc darły się oba. CriKotę chwilami udało mi się uciszyć, ale wtedy wielki kot podpuszczał ją i polka galopka zaczynała się od początku. Transporter z kotem podskakiwał na moich kolanach. W pewnym momencie poczułam ciepłą strużkę płynącą mi po nodze. To, co sobie w tym momencie pomyślałam nie nadaje się do publikacji. Wolałam się jednak nie odzywać, bo i bez tego w samochodzie powoli zaczynały latać siekiery.


Po długiej chwili Słonek ryknął, że jeśli koty się nie uspokoją, to zwróci im wolność w najbliższych krzakach. Mało mi serce nie stanęło, bo z jednej strony rozumiałam go doskonale, ale prawdą jest, że bez kotów nie pojechałabym nigdzie. Pot lał się ze mnie strugami: usiłowałam uciszyć kicię i dużego kota, ale to była syzyfowa praca. Nawet kiedy o tym piszę ciarki latają mi po plecach. Niestety koty miały moje doznania w odwłoku i dalej darły mordki. Łeb mi pękał, uszy od tego bolały a atmosfera gęstniała z każdym kilometrem. Trwał ten obłęd jakieś 150 km, w końcu Słonek nie wytrzymał. Zjechał z drogi, otworzył boxa i bez jednego słowa umieścił koty z ich tymczasowymi domkami tam właśnie. Nawet nie pisnęłam, w obawie, że sama też tam wyląduję.


 Wróciliśmy na trasę. Błoga cisza działała na wszystkich niczym balsam. Niestety wrażenia węchowe nie pozwoliły mi cieszyć się ciszą. Gdybym tylko miała się w co przebrać, to na stacji benzynowej wzięłabym szybki prysznic i byłoby cudownie. Problem w tym, że moje ubrania były mi niedostępne.


 W połowie drogi postanowiliśmy zrobić przerwę w McDonaldzie. Przypominam, że panuje okres wakacyjny i ludzie tłumnie się przemieszczają.


 Słonek został na parkingu ze zwierzyńcem; koty zostały wystawione na świat i nieprzyjaźnie łypały na wszystkich, którzy się nimi zachwycali, a psy poszły z panem na spacer. Za to ja z resztą człowieków udałam się w paszczę fast fooda. Rozżarty tłum kłębił się w przybytku. Chciałam choć trochę pozbyć się smrodu, bo ludzie wokół mnie jakoś tak dziwnie na mnie zerkali. Zostawiłam młodego z babcią w kolejce i udałam się do kibelka. Przysięgam, że już kilkakrotnie korzystałam z tych miejsc przy autostradzie. Zwykle nie mam tam żywego ducha, w ostateczności jedna osoba poza mną. Nie powiem, że weszłam, bo kolejka przystopowała mnie w korytarzu. Stanęłam w ogonku. Już po chwili laski patrzyły na mnie podejrzliwie, delikatnie kręcąc nosami. Co niby miałam zrobić? Gromki głosem informować je , że to robota kota? Szlag by to. W końcu dopchałam się do umywalki i znowu dziwnie się na mnie patrzyły, bo próbowałam zaprać te spodnie.


Jedno jest pewne: co przeżyjemy to nasze.


W końcu wróciliśmy na trasę. Na szczęście ta część drogi minęła bez przygód.


Kiedy wieczorem otworzyliśmy drzwi naszego nowego domu poczułam ulgę bez miary. Ale żeby zakończyć kocią epopeję, przynajmniej chwilowo, musze dodać, że ich aklimatyzacja przebiegła błyskawicznie i bezproblemowo. Już od drugiego dnia pobytu zdobywają sąsiednie krzaki, łąki i ugory. I bardzo są szczęśliwe.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]